Nie doszlismy jednak tak daleko, tylko skrecilismy w prawo, by dojsc do pieknego - zdobnego w widoczna z dala niezwyklych ksztaltow barwna kopule, szpitala zydowskiego. We Lwowie spotyka sie wiele roznych stylow, wiele architektonicznych pomnikow odzwierciedlajacych tradycje roznych narodow. Gwiazda Dawida na tym szpitalu i nazwa ulicy: Rappaporta - wyraznie wskazuje, kto byl fundatorem i dla kogo byl ten szpital.
Po krotkim rekonesansie idziemy jednak dalej, mijajac po lewej na rogu Podwala i Strzeleckiej zbudowany z czerwonej cegly gmach strazy pozarnej, po prawej zas Instytut Poligraficzny. Podwalem wedrujemy do Baszty Prochowej, jedyna pamiatka po fortyfikacjach sredniowiecznego Lwowa zachowana w calosci. Kamienna ta budowla z murami o grubosci nawet 3 metrow, z malenkimi okienkami strzelnic, w czasach wojny sluzyla jako magazyn prochu i forteca, zas w czasch pokoju jako magazyn zboza. Teraz jest tu Dom Architekta. My robimy zdjecia dzieciom, ktore dosiadaja lezace potezne lwy. Kamienne lwy trafily tu w polowie lat 50-tych XX wieku jako trofeum wojenne Armii Czerwonej zdobyte na okupowanym do 1955 roku przez Sowietow Wiedniu.
Ruszamy dalej, w kierunku kosciola Karmelitow Bosych. Nigdy wczesniej nie widzialem jego wnetrza, wiec korzystam z okazji, ze jest otwarty i podziwiamy piekne barokowe wyposazenie. Kosciol i klasztor przekazany zostal grekokatolikom, ale wazne, ze wrocil pod opieke Kosciola. Dalej idziemy na Kurkowa i Unii Lubelskiej ku Wysokiemu Zamkowi, mylac po drodze wsrod zieleni wlasciwa trase. Kupujemy jednak kolejna butle kwasu chlebowego, ktory serwowany podobnie jak Cola w 2-litrowych plastikowych butelkach smakuje prawie tak samo, jak kiedys i znajdujemy wlasciwy trop. Wspinamy sie po stromych ulicach, a przeciez sa tu tory tramwajowe, z czego wynika, ze kiedys wspinal sie tu tramwaj. No, nareszcie ostatnia serpentyna na kopiec Unii Lubelskiej. Kiedys, w 300 rocznice tego wielkiego wydarzenia w historii Rzeczpospolitej, spolecznym sumptem patriotyczne spoleczenstwo Lwowa usypalo ten kopiec gorujacy nad miastem na pamiatke chwaly narodu polskiego. Jednym z pracujacych wowczas w pocie czola, wozacych taczkami ziemie na kopiec, byl Franciszek Smolka, syn austriackiego urzednika, ktory tak skutecznie i doglebnie sie we Lwowie spolonizowal, ze nie tylko spolszczyl niemieckie nazwisko, ale bedac przewodniczacym Parlamentu austriackiego, sam pchal taczki z ziemia na kopiec polskiej chwaly. Jeden ze spacerujacych wowczas po Wysokim Zamku wojskowych austriackich, widzac pracujacego w pocie czola Smolke zapytal go: "powiedzcie dobry czlowieku, kim z zawodu jestescie?" Na co Smolka odpowiedzial, ze ... przewodniczy austriackiemu parlamentowi. No i jak tu sie maja nasi dzisiejsi politycy - mocni w gebie, a z czynow spolecznych sadzacych - symbolicznie - co najwyzej jakies drzewka (w srodku lata).
Czekala nas jednak mila niespodzianka, bo procz zolto-niebieskiej flagi z tryzubem na Wysokim Zamku spotykamy grupe kilkunastoletnich harcerzy z Warszawy. Sa w kompletnych mundurach, z czapkami harcerskimi tak bardzo przypominajacymi rogatywki zolnierskie, ze nie sposob sie wzruszyc. Pozdrawiam ich harcerskim "Czuwaj", pytam skad sa i dokad wedruja. Okazuje sie, ze peregrynowali po Ukrainie, a Lwow jest ich ostatnim etapem w drodze do granicy. Zwiedzaja go samodzielnie z przewodnikiem i mapa w reku. Aktywni, zaradni, dziarscy, ciekawi swiata, nie bojacy sie przeszkod, porzadnie ubrani i zachowujacy sie - az milo popatrzec. Sa i tacy mlodzi ludzie na swiecie! Jakis czas pozniej spotykamy sie na Rynku. Wiem, ze zwiedzaja Lwow w pospiechu, wiec dorzucam im temat: cerkiew Woloska i Kaplica Trzech swietych. Kolejny raz spotykamy sie na poczcie, gdzie wysylamy pocztowki. Gdy nastepnego dnia jedziemy na dworzec autobusowy na Stryjska i znowu ich widze, zaczynam podejrzewac, ze cos tu jest nie tak, chyba ktos kogos sledzi... zarty oczywiscie!
Chcemy wpasc do muzeum historycznego w Kamienicy Krolewskiej. Kupujemy bilety, bierzemy przewodniczke, ktora co prawda nie mowi po polsku tylko po ukrainsku, ale co ciekawsze wypowiedzi tlumaczymy mlodziezy. Muzeum na szczescie pozbawione jest antypolskich akcentow, wiec zwiedzamy je z zainteresowaniem. Na koniec robimy sobie wspolne zdjecie przy stoliku, przy ktorym (?) podpisany byl wieczny pokoj miedzy Polska a Rosja.
W planie na dzis mamy jeszcze Lwowska Galerie Obrazow, czyli Muzeum Lubomirskich, znajdujace sie naprzeciw Ossolineum. Jest tu naturalnie duzy dzial malarstwa polskiego: Matejko, Chelmonski, Boznanska, Kossak, moj ulubiony Malczewski, Kotsis i wielu innych, a niewiele dalej - nie wiedziec czemu w dziale malarstwa rosyjskiego jest kilka dziel Henryka Siemiradzkiego, autora abrazow o tematyce antycznej, z ktorych najwiekszy wisi jako kurtyna w Operze i jest pokazywany przy specjalnych okazjach. Oprocz tego w galerii jest tez wiele dziel malarzy wloskich (m.in. Tycjan), niemieckich, flamandzkich itd. Galeria jest chyba w ciezkiej sytuacji finansowej, co widac na kazdym kroku. Staruszka obslugujaca szatnie, wygladajaca na 80 lat, dorabia tu sobie do emerytury i chetnie przyjmuje kazdy grosz.
Ale jestesmy tu za krotko, wiec nie ma na to czasu.
Wchodzimy i jestesmy oszolomieni pieknym wnetrzem, kapiacym zloconymi zdobieniami, krysztalami, lustarmi, rzezbami. Opera obchodzi w tym roku swoje stulecie i juz z zewnatrz wygladala wspaniale, ale cala swoja krase zostawila dla tych, ktorzy weszli, tak jak my, do srodka.
Miejsca mamy na parterze, w 5 czy 6 rzedzie. "Carmen" Bizeta jest grana po francusku, nad scena zas leci na tablicy swietlnej ukrainskie tlumaczenie. Muzyka jest bez zarzutu. Nie jestesmy koneserami muzyki operowej, ale podoba sie nam interpretacja lwowskich artystow. Troche radosci mielismy co prawda ogladajac z bliska sceny baletowe w wykonaniu ... chyba emerytowanych tancerek, ktore ubrane w kuse sukieneczki z makijazem stosownym dla mlodych hiszpanskich dziewczat wygladaly przy swoim wieku nieco komicznie. No ale coz - slynna Maja Plisiecka tez tanczyla w wieku 60 i wiecej lat. Pewnie mlodsze tancerki byly "na wyjezdzie". Balet lwowski w moich studenckich czasach stal podobno na niezlym poziomie, zas jedna z primabalerin wyszla za maz za naszego kolege ze studiow.
W przerwach zwiedzamy pieknie odnowiony na swoje 100 urodziny gmach. Panie bileterki proponuja nam za kilka hrywien do dyspozycji loze, wiec przesiadamy się tam i czujemy zupelnie kameralnie.
Duzy Piotr jest zachwycony, mysle ze nie zaluje swojej decyzji z pierwszego dnia, kiedy po zakonczeniu podrozy zahaczylem go na przystanku autobusowym, czy nie poszukuje noclegu, a on na to chetnie przystal. Nasze wrazenia artystyczne sa nieco gorsze, ale i tak wracamy z Teatru ustysfakcjonowani kontaktem ze Sztuka i mozliwoscia zwiedzenia tego pieknego lwowskiego zabytku.
Wracamy do kwatery Grazynki, gdzie pani Krzysia piekla na pozegnalny wieczor paczki. Paczki udaly się znakomicie i choc krygowalismy się dla formalnosci, paczki znikaly z talerzy w oszalamiajacym tempie. Pani Krzysia piecze ciasta na przerozne uroczystosci do Konsulatu, a ma się naprawde czym pochwalic.
Przy okazji poznajemy jej corke i wnuczka, z którymi mieszka razem w jednopokojowym mieszkaniu. Pani Krzysia jest chyba sztandarowym przykladem zaradnosci zyciowej, bez ktorej przezycie tych ciezkich czasow we Lwowie byloby bardzo trudne. Opowiada, ze imala się najprzerozniejszych zajec, wśród których dominowal prywatny import odziezy z Turcji a nawet z Indii, gdzie oczywiście mialy miejsce rozne przygody. Na Ukrainie handel ciuchami z malenkich straganow jednak już nie daje wiekszych mozliwosci, wiec pani Krzysia przerzucila się na jakis czas na odziez skorzana.
Koniecznosc placenia haraczy miejscowym cwaniaczkom i ten rodzaj dzialalnosci uczynila nieekonomicznym, wiec teraz do skromniutkiej emerytury dorabia sobie wynajmujac swój pokoj turystom. W kazdej chwili gotowa bylaby jednak pojechac na stale do Polski, moglaby - jak twierdzi - wykonywac najciezsze prace, byleby stad uciec. W jej przypadku jednak nie jest to latwe, bo nie ma tam krewnych, wiec zaproszenie z gwarancja utrzymania musialaby dostac od jakiejs obcej osoby, a z tym nielatwo. Ktos z jej lokatorow uslyszawszy o takiej potrzebie zlitowal się nad jej niedola i przyslal zaproszenie, ale ktorys z urzednikow przetrzymal je zbyt dlugo, wiec stracilo waznosc i trzeba było cala procedure powtarzac od nowa. Pani Krzysia jest jednak pelna nadziei, ze zakotwiczy się wreszcie w kraju na stale. Zupelnie nie rozumie mojej „gospodyni”, która majac w reku zaproszenie, waha się czy z niego skorzystac.
Wieczor zrobil się pozny, wiec rozchodzimy się do swoich kwater, bo czeka nas przeciez wyjazd ze Lwowa.