Dziecinstwo we Lwowie czesc pierwsza 1927 - 1934
Muzyka Chopina

 

Poniewaz wspomnienia sa pisane prawie 70 lat pozniej i niestety pamiec nie zawsze jest dokladna, wiec prosze wybaczyc jak sa jakies niescislosci. Moja pamiec zaczyna sie jak mialem chyba cztery lata, ale to jest pamiec dziecka, czesto przeplatana tym co slyszalem od starszych. Moj brat ktory jest starszy odemnie szesc lat pomagal mi troche korygujac moje wspomnienia, ale jak sie niestety okazalo pamieta mniej detali, jak ja i czesto myli daty. Troche dat postaram sie skorygowac po przegladnieciu zdjec rodzinnych jak czas pozwoli.

Moi rodzice przyjaznili sie z profesorostwem Czekanowskimi ktorzy mieli corke Zorke - zona profesora byla Rosjanka i zawsze mowila z rosyjskim akcentem. Ona byla dyplomowana lekarka. Na lato wynajmowali domy w Brzuchowicach i moj brat ktory mial 4 czy piec lat i Zorka ktora miala 9 lat byli nierozlaczna para. Podobno Zorka miala bardzo silne uczucie macierzynskie w stosunku do mego brata.

Zorka dostala zapalenie slepej kiszki i umarla w czasie operacji prowadzonej pod chloroformem. Jej matka Pani Liza bedac w rozpaczy podobno wytlukla wszystko co bylo szklanne w sali operacyjnej.

Tragedia ta zrobila wielkie wrazenie na rodzicach i zobaczyli ze majac jedno dziecko, w razie jego smierci, jak to bylo z Zorka caly swiat sie zalamuje. Doszli wiec do wniosku ze trzeba miec przynajmniej dwoje dzieci. Tak sie zrodzil pomysl drugiego dziecka, ktorym jestem ja.

W dniu moich urodzin byl spory snieg - 18 grudnia - i ojciec byl rano na polowaniu. Po powrocie do domu okazalo sie ze Mama juz powinna pojechac do Salusu - prywatny szpital we Lwowie Senatorium Salus - gdzie sie leczyla nasza rodzina.

Ojciec zamowil sanki - w zimie nasz samochod stal na "kolkach" zamkniety w garazu bo nie mial ogrzewania, pozatem bylo bezpieczniej uzywac fiakry i taksowki - i zawiozl Mame do Salusu. Ja nie mialem wielkiej ochoty wychodzic na swiat, tak ze porod byl trudny, wymagal wysokich kleszczy. Urodzilem sie wiec dosc pokiereszowany. Jak moj brat, szesc lat starszy odemnie zobaczyl mnie pierwszy raz podobno oswiadczyl: "ale dziecko to sie nam nie udalo".

Po chyba 5-6 dniach nasza wierna kucharka Hania odwiozla mnie taksowka do domu i tak zaczal sie moj zywot na ul. sw. Marka 2.

Podobno bylem karmiony piersia przez poltora roku do momentu kiedy ojciec chcial wziasc Mame na Wystawe Krajowa w Poznaniu. Wowczas powiedzial mi: plun na stara matke i podobno od tej chwili przestalem ssac piers i przeszedlem na butelke a rodzice pojechali samochodem do Poznania na wystawe.

Od chwili przyjazdu do domu bylem oczkiem w glowie naszej kucharki Hani. Zawsze mielismy pokojowke i bone, ale Hania byla "szefem" naszej sluzby i byla u nas do czasu naszego wyjazdu ze Lwowa. Raz na miesiac przychodzila do nas praczka, wowczas wszystko sie zatrzymywalo. Hania byla w zlym humorze, bardzo zajeta pilnowaniem praczki, pomaganiu jej w noszeniu "brudow" do pralni ktora znajdowala sie w suterenie i gdzie gotowano bielizne a potem noszono ja na strych i rozwieszano. Tego dnia nie bylo obiadu w domu wiec chodzilismy przewaznie do babci albo do restauracji "Pomorzanka" na ul. Akademickiej. Nastepnego dnia wszystko powoli wracalo do normy. Byla tylko podroz do magla gdzie Hania dowiadywala sie najnowszych plotek z okolicy, a potem wieczorami prasowala.

Brat sie ze mnie wysmiewal ze bylem "kuchennym dzieckiem" troche z zazdrosci ze Hania zawsze cos mi dobrego podsuwala i u niej chowalem sie jak brat chcial sie ze mna rozprawic. Ale Hania bronila mnie jak lwica.

Poniewaz jak wspomnialem po urodzeniu nie wygladalem ladnie, a tego samego dnia co ja urodziula sie tez w Salusie u p. Hulimkow ladna coreczka, a moja Mama zawsze chciala miec corke, wiec moj brat doszedl do przekonania ze mnie zamieniono i zaczal mnie nazywac "podzutkiem salusowym" albo "Hulimka". Uwazalem to za smiertelna obraze i odpowiednio protestowalem. Gdyby nie Hania, ktora zawsze w odpowiednim momencie sie zjawiala, napewno bym czesto oberwal od brata. Hania byla mala, ale bardzo silna i potrafila brata szybko polozyc na lopatki w razie "draki". Dopiero niedawno doszedlem do wniosku ze "podrzutek salusowy" byl wielka bzdura, bo tu niema mowy o podrzutku tylko w najgorszym razie o zamianie dziecka co zdarza sie w duzych szpitalach, co pokazywali w TV w programie 20/20. Watpie zeby to bylo mozliwe w Sanatorium Salus gdzie byla bardzo dobra opieka i minimalna ilosc dzieci sie tam rodzila.Nie mniej to byl temat ktory czesto wracal zeby sie ze mna droczyc bo bylem dobrym obiektem do tego i zaraz albo beczalem albo sie darlem i przylatywala z kuchni Hania zeby stanac w mojej obronie. Slowo podrzutek bylo bardzo bolesne bo kojarzylo sie z dzieckiem nie chcianym podrzucanym zeby inni sie nim zaopiekowali.

  Moja slaboscia byly kapelusze i czapki ktore nazywalem "pacia" od mowienia "pa" jak sie je zdejmowalo na powitanie i pozegnanie. Podobno w wieku lat 2 w czasie wakacji w Brzuchowicach ktoregos dnia zaginalem. Zaczeto mnie szukac i po pewnym czasie znaleziono spacerujacego po lesie, na golasa, ale w ojca kapeluszu jaki wzialem z werandy w czasie jego popoludniowej drzemki.
Poniewaz moje dziecinstwo bylo w okresie kiedy sprawa morderstwa Gorgonowej byla glosna, a dom ktory wynajmowalismy byl niedaleko domu gdzie bylo popelnione morderstwo, balem sie zasypiajac ze stane sie nastepna ofiara Gorgonowej. Na temat tego morderstwa niewiele wiedzialem i dopiero powojenny film "Sprawa Gorgonowej" wyjasnil wiele watpliwosci jakie mialem. Dodatkowa atrakcja filmu byly zdiecia panoramy Lwowa i samochodu z lwowska rejestracja, podobna do tej jaka mielismy na naszych samochodach i ktora na zawsze zostala mi w pamieci.
STAS 1927    

Ojciec byl zapalonym samochodziarzem i brat ma jeszcze jego papierosnice ze znaczkiem automobilklubu i z miniaturkami marek samochodow jakie byly w tym czasie produkowane. Jako czlonkek a nawet przez pewien czas komandor automobilklubu i jeden z organizatorow wyscigow samochodowych we Lwowie ojciec mial doskonale dla nas miejsca na trybunie. Moim marzeniem byl samochod Bugatti ktory zdobyl pierwsze miejsce z jakims hrabia przy kierownicy. Jednak najczesciej wyscigi wygrywali albo Hans von Stuck albo Carraciola na Mercedesach. Pamietam bele siana lezace na niebezpiecznych zakretach ktore ojciec sprawdzal przed wyscigami jadac trasa wyscigow.

Ojciec czesto zmienial samochody. Pierwszym byl z demobilu "Brenabor" z acetylenowymi lampami, ktory znalem tylko z opowiadan. Potem byly Fiat'y, Essex'y, Hudson'y, Studebacker ktory nazywalem "stary bakier" i kabriolet Tatra w ktorej ojciec nigdy nie chcial zdiac "budy" zeby mu nie zwialo kapelusza i "poczuchralo" "pozyczki hipotecznej".

Na Wielkanoc przyjechal do nas brat ojca Stryj Zygmunt, moj ojciec chrzestny. Byl wysokim, tegim i przystojnym mezczyzna doskonale prezentujacym sie w kontuszu. Mial donosny, tubalny glos tak ze nie musial uzywac telefonu zeby polecic woznicy ktory mieszkal pod lasem zeby zalozyl konie. Moj brat zawsze twierdzil ze glos odziedziczylem po stryju bo mowilem glosno. Od Stryja dostalem w prezencie sliczny kask strazy pozarnej ktory dosc szybko rozebralem na czesci pierwsze co czynilem z wiekszoscia moich zabawek. Stryj spal w salonie ktory byl rownoczesnie pokojem goscinnym. Jak go odwiedzilem rano, lezal w lozku i palil papierosa. Zapytalem go jak papieros smakuje, a Stryj powiedzial mi: sproboj to sam zobaczysz. Pociagnalem i zaczalem strasznie kaszlac i potem powiedzialem mu: "jak stryj moze dawac dziecku papierosa", co pozniej nasza rodzina powtarzala ze smiechem, a ja mimo ze kilka razy probowalem nigdy nie nauczylem sie palic.

Stryj Zygmunt byl przyzwyczajony do zycia na majatku gdzie byla cisza i nie lubil miasta, mowiac: "jak wy tu mozecie spac jak tramwaje ciagle jezdza wam po suficie lub po dachu".

Kiedy mialem trzy lata Mama zaczela sie zle czuc. Zaczela chodzic do roznych lekarzy i mala robione wszystkie najnowsze na owczesne czasy badania i okazalo sie ze ma kamienie w nerce. W owych czasach to byla bardzo powazna operacja, wiec Mama zdecydowala ze nim podda sie operacji chce jeszcze pojechac na wycieczke morska. Wybrala podroz "Po Slonce Afryki" statkiem Polonia. Odwiedzila Portugalie, Hiszpanie, Maroko i Tangier. Z tej podrozy przywiozla niesamowita ilosc pamiatek i prezentow i udalo sie jej zaplacic bardzo malo cla, z czego byla bardzo dumna.

Nie pamietam ile czasu po poworcie z wycieczki Mama poddala sie operacji w Sanatorium Salus. Operowal ja dr. Mehrer. Z poczatku byla mowa ze usunal tylko kamienie, ale potem okazalo sie ze musieli usunac cala nerke o czym Mama dowiedziala sie dopiero kilka lat pozniej. Wowczas nie bylo w modzie skarzenie lekarzy i Mama pozostala pacjentka i wielbicielka dr. Mehrer'a az do czasu zamkniecia geta we Lwowie gdzie pewnie zginal. Dr. Mehrer byl przyjacielem naszej rodziny i zawsze gotow z pomoca , nawet jak ja zlamalem noge na nartach i jak mialem problem z "siusianiem" w wieku lat pieciu. Jakby powiedzial Boy-Zelenski: doktor wzial trzy ruble i kazal mu moczyc w kuble bo dziedziczne cierpienie psycho-fizyczne.

Do czasu wojny Mama co roku jezdzila na trzytygodniowa kuracje do Truskawca. Potem kuracje sie skonczyly i Mama dozyla z jedna nerka do prawie 85 lat i nigdy nie miala zadnych klopotow ze miala jedna nerke. Musiala uwazac i w domu bylo zawsze wszystko przygotowywane z mala iloscia soli, do czego sie przyzwyczailem, zas brat wszystko soli nawet bez skosztowania jedzenia. Pozatem unikala szczawiu i szpinaku bo jej kamienie byly szczawianami.

Majac cztery lata pojechalem z Babcia i jej dama do towarzystwa jak to sie wowczas nazywalo na wakacje do Skolego do pensjonatu p. Agopsowiczow "Skolanka". Babcia zamowila fiakier zeby nas zawiozl na dworzec. Wolala ten rodzaj pojazdu niz taksowke do ktorej bylo jej trudniej wsiasc. Zeby byc pewna za fiakier przyjedzie na czas, wziela od niego jak to wowczas bylo praktykowane zlotowke zadatku. Fiakier przyjechal nawet przed czasem, zaladowal wszystkie bagaze i nas i pojechalismy.
Jazda do Skolego pociagiem nie trwala dlugo. Nie mniej na droge musialem wlozyc biale rekawiczki, bo jak bym chcial jesc w pociagu - a zawsze sie bralo jedzenie na taka okazje - zebym mial czyste rece. Normalne menu bylo: jajka na twardo ze sola, pomidor, tez ze sola i albo banan albo pomarancza.
 

Mama na wczasach - Truskawiec

Na dworcu w Skolem czekal juz na nas fiakier przyslany przez p. Agopsowiczow, ktory zawiozl nas do pensjonatu. Dostalismy ladny pokoj z frontu na pierwszym pietrze, z balkonem i niedaleko lazienki. Jak sie pozniej okazalo pod balkonem byl krzak na ktorym bylo pelno tlustych zielonych gasienic ktore sobie przychodzily przez balkon do naszego pokoju i czesto spadaly z sufitu nawet na lozka. Bardzo sie ich brzydzilem i moje protesty bylo slychac w innych pokojach pensjonatu.

Poniewaz babcia miala trudnosci w chodzeniu - miala zlamana noge w biodrze w czasie wojny swiatowej i kulala chodzac z hebanowa laska - wiec na spacery chodzilem z "dama do towarzystwa" lub jezdzilismy fiakrem.

Co najbardziej utkwilo mi w pamieci to zydowskie pogrzeby z placzkami jakie czasem przechodzily ulica przed pensjonatem bo ta droga wiodla do kirkutu - zydowski cmentarz. Skole bylo malym miasteczkiem - letniskiem z wiekszoscia zarowno mieszkancow jak i letnikow zydow. Nasz pensjonat byl jedynym nie zydowskim pensjonatem ktorego wlascicielami byli p. Agopsowicze ktorzy byli ormianinami. Pod koniec wakacji przyjechala Mama i zabrala mnie do domu.

W grudniu skonczylem piec lat i rodzina doszla do wniosku ze jest czas zebym sie nauczyl jezdzic na nartach. Narty przyniosl mi "aniolek" i polozyl pod choinke i zaraz po swietach zaczalem chodzic z nimi do parku albo z moja bona Fila albo z Mama.

Mala dygresja: we Lwowie obchodzilismy sw. Mikolaja ktory przynosil grzecznym dzieciom prezenty i wkladal pod poduszke w nocy z 5 na 6 grudnia. Na wigilie prezenty przynosil aniolek i je wkladal pod choinke. Inne zwyczaje byly w kongresowce i poznanskim. Fila byla Niemka, corka kolonistow niemieckich chyba z pod Stryja i uczyla nas mowic po niemiecku. Po latach juz w Stanach pracowala ze mna inna Niemka, corka tez kolonistow z pod Stryja o ktorej napisalem w moich wspomnieniach z drugiej wizyty we Lwowie w 1992 roku.

Nie zapowiadalem sie na wyczynowego narciarza i przewaznie zjezdzalem z malych pagorkow w Parku Stryjskim tak zwanych we Lwowie kinderbergow. Wracajac z jednej z takich "wypraw" nie chcialem zdejmowac nart, tylko zjechac z malej pochylej drogi otaczajacej staw u wejscia do parku. Jak sie potem okazalo na drodze byl lod na ktorym upadlem i lewa noga z narta wpadla za slupek na ktorym byl drut-parkan oddzielajacy droge od trawnika. Widocznie ciezar narty - wowczas to byly zwykle drewniane narty z dziecinnymi wiazaniami ktore sie same nie odpinaly - razem z sila upadku spowodowal ze kosc udowa ulegla spiralnemu zlamaniu i pekla w trzech miejscach. Poczulem silny bol, zaczalem sie drzec, Fila stracila glowe. Nie wiem kto polozyl mnie na saneczki i tak dracego sie bachora zawiezli do domu. Mama sie przerazila i zadzwonila po ratunek do Dr. Mehrera. On mimo ze urolog zaraz przyjechal i stwierdzil ze noga jest pewnie zlamana. Zatelefonowal po dr. Gruce i zamowil aparat Rentgenowski zeby przyjechal do domu porobic zdjecia gdyz podejzewal zlamanie. Prosze pamietac ze to byla zima 1933 roku i owczena technika byla b. pierwotna, tak ze sam przyjazd aparatu rentgenowskiego byl wielkim ewenamentem choc jak pozniej babcia opowiadala ze jak ona zlama te sama kosc co ja ale w szyjce biodrowej, tez miala zrobione zdiecie aparatem rentgenowskim przywiezionym do domu.

Okazalo sie jak juz wspomnialem ze noga miala spiralne zlamanie , wiec dr, Gruca ja ustawil, potem zalozyl ja na wyciag ktory skladal sie z drewienka do miotly przywiazanego na gorze lozeczka dziecinnego. Moja noge obklejono plastrami do ktorych byla przylepiona linka na ktorej koncu byla przymocowana poszewka z jaska wypelniona piaskiem. To byl moj wyciag.

Dr. Gruca nie mial cierpliwosci do rozpieszczonego maminsynka jakim bylem i traktowal mnie po mesku co mi sie calkiem nie podobalo. Jego ustawianie, potem wyciag i wizyty sprawdzajace stan nogi zawsze wiazaly sie z bolem, tak ze jak tylko wchodzil do kamienicy, a moj pokoj byl nad brama, poznawalem jego kroki i zaczynalem sie drzec, co nie bylo dla nikogo przyjemne.

Na tym wyciagu lezalem chyba 6 tygodni, poczem na nastepne 6 tygodni mialem zalozony gips od pasa do konca stopy z druga noga bez gipsu. Przy zakladaniu gipsu bardzo sie balem jak bede mogl robic siusiu, ale dr. Gruca mnie zapewnil ze ma na to sposob.

Nie spanie po nocach bylo sprawa powszednia, a potem swedzenie skory pod gipsem dopelnialo reszty. W pokoiku dziecinnym gdzie spalem, nocowalo ze mna Fila z ktora rozmawialem po niemiecku i w nocy czesto plakalem i narzekalem na swedzenie mowiac po niemiecku: es kitzelt, es kitzelt, co moj brat jeszcze pamieta. Po zdieciu gipsu zlama noga byla o 1 cm dluzsza, ale sie "schodzila" i nie kulalem. Potem byly rozne kapiele, masaze i gimnastyka.

Wiele lat pozniej Ojciec powiedzial mi ze moja noga kosztowala tyle co nowy samochod. Wowczas nie bylo w dobrym tonie korzystac z "kasy chorych" do ktorego ubezpieczenia watpie czy nalezelismy. Pozatem dr. Gruca juz wowczas byl najlepszym i pewnie najdrozszym ortopeda we Lwowie i leczenie w domu bylo wyjatkowym luksusem. Po wojnie, Dr. Gruca byl chyba najslawniejszym ortopeda w Polsce i byl zapraszany jako expert do wielu krajow Europy.

W jesieni poszedlem do przedszkola prowadzonego przez siostry Notre Dame gdzie tez uczeszczal moj kuzyn i przyjaciel Leszek. Z przedszkola niewiele pamietam. Wiem ze siostry byly mile i ze bawilismy sie z Leszkiem tylko on sie czesto obrazal i potem bylo trzeba czekac zeby sie przeprosil. Wowczas sie mowilo: "kto sie gniewa, niech sie gniewa, niech przyklei nos do drzewa i tak dlugo drzewo nosi, dopoki sie nie przeprosi".

Leszek jak na swoj wiek byl "originalem". Przychodzil do mnie sie bawic po poludniu jak to bylo w zwyczaju. Wowczas podawano podwieczorek: kanapka i bawarka - herbata z mlekiem - a pozniej jak bylismy starsi juz tylko herbate. Zgodnie ze zwyczajem trzeba bylo jesc kanapke popijac bawarka czy herbata. Leszek robil przeciwnie: najpierw wypijal cala bawarke czy herbate a potem jadl kanapke. Protesty bony lub Mamy byly ignorowane. To nie znaczy ze Lesio byl niegrzeczny. Wprost przeciwnie, tylko kwestia podwieczorku byla chyba jego rebelia.

Kilka slow o naszych bonach, czyli o pannach do dzieci. Pierwsza jaka mielismy po moim urodzeniu byla Ziunia. Nie pamietam jej i znam tylko z opowiadan ktore byly rozne, tak ze wole nie zabierac glosu w tej sprawie. Wiem ze byla mala i krepa i podobno bardzo seksualna ale na tym skoncze. Jak juz bylismy starsi, szczegolnie moj brat, Mama postanowila zatrudnic dziewczyny znajace dobrze jezyk niemiecki zebysmy sie od nich nauczyli mowic plynnie po niemiecku. W tym celu porozumiala sie z pastorem luteranskim ktory polecal takie dziewczyny, swoje parafianki za ktore - tak uwazal - mogl reczyc. Byly to corki kolonistow niemieckich jakich bylo wowczas sporo szczegolnie kolo Stryja jak i na Wolyniu. Pierwsza z nich byla juz wspomniana Fila ktora pracowala u nas szereg lat. Trzeba przyznac ze nauczyllsmy sie od niej dobrze mowic po niemiecku, a ona od nas po polsku.

Najlepiej pamietam jeden Wielkanocny poniedzialek kiedy to szalelismy ze smigusem. Jedyna osoba ktora byla nietykalna byl nasz Ojciec. Byl lysy ale nosil jak to Mama nazywala pozyczke hipoteczna . Wlosy z jednej strony byly bardzo dlugie i napomadowane brylantyna i czesane w poprzek czaszki, tak ze teoretycznie zakrywaly lysine cieniutka warstwa wlosow. Mnie sie to bardzo podobalo i chcialem miec taka sama fryzure, nie spodziewajac sie ze bardzo wczesnie wylysieje, co nigdy mi nie przeszkadzalo i nie skusilo zeby nosic takie same uczesanie jak Ojciec. Na Wielkanoc bylo u nas sporo gosci, Fila musiala pomagac przy podawaniu, mielismy nawet dodatkowo jedna ze siostrzenic Hani ktora przychodzila na takie okazje by jej pomagac. Poniewaz w poniedzialek Fila miala wychodne i zapewne jakas randke, wiec wieczorem spedzila sporo czasu na "zelazkowaniu" swojej obfitej fryzury. Wygladala jak by miala wielka fryzowana strzeche z ktorej byla bardzo dumna. Wczesnym poniedzialkowym rankiem brat mnie zbudzil i przygotowal szereg pelnych wody "smigusowych" narzedzi jak "pypki" wypelnione woda, pierscionki za ktorymi kryly sie baloniki z woda no i na wszelki wypadek butelka z woda. Na pierwszy ogien poszla Fila ze swoja piekna fryzura, po ktorej po naszym smigusie pozostaly tylko straczki mokrych wlosow. Jak sie zobaczyla w lustrze zaczela strasznie plakac, tak ze naprawde sie tym przejelismy i zaczelismy ja przepraszac i poczulismy sie winni swego postepku. Biedaczka musiala stracic sporo czasu zeby choc czesciowo odzyskac stracona urode.

Pare lat pozniej Fila odeszla bo wychodzila zamaz. Poniewaz u rodzicow na gospodarstwie rosly arbuzy - dynie - wiec obiecala ze w jesieni przyjedzie i przywiezie mi pestki z dyni ktore bardzo lubilem. Niestety obietnicy nie dotrzymala i wiecej jej nie widzialem.

Na jej miejsce pastor przyslal Elze. Bardzo mi sie ona nie podobala, Mamie tez, tak ze szybko ja zwolnila. Kilka lat pozniej przeczytalismy w gazecie ze byla aresztowana i pozniej zasadzona za dzialalnosc komunistyczna. Jak widze mialem dobra intuicje.

Ostatnia bona byla Ema Vonau, pamietam jej nazwisko doskonale. Mieszkala na ul. Wronowskich i byla poprzednio dama do towarzystwa jednej z Babuni przyjaciolek ktora zmarla. Byla ladna, zgrabna i mieszkala samodzielnie, tak ze do nas przychodzila tylko w ciagu dnia. Nazywalismy ja Ema Wrona z ul. Vonauskich. Lubilem z nia chodzic na spacery bo zawsze ciekawie opowiadala o drzewach, ptakach i porach roku. Z nia tez zaczalem chodzic do Parku Stryjskiego ktory byl bardziej interesujacy jak Ogrod Botaniczny gdzie spedzilem wiekszosc mego dziecinstwa.

Poniewaz Ema byla bardzo ladna, moj brat sie chyba w niej podkochiwal i mial z nia mlodzienczy romans, gdzie nauczyl sie troche o zyciu od doswiadczonej nauczycielki nie tylko jezyka niemieckiego. Wyobrazam sobie ze obecnie to mogloby skonczyc sie tragicznie, szczegolnie dla Emy.

Ogrod Botaniczny byl duzym parkiem otoczonym wysokim murem i do niego przylegaly dwa budynki "starego" uniwerytetu. Jednym z nich byl Wydzial Chemii gdzie w mlodosci Mama studiowala krystalografie i byl naprzeciwko kamienicy dziadkow na ul. Dlugosza 19. Obok tez bylo glowne wejscie i straznik ktory wpuszczal tylko na podstawie specjalnej przepustki ktora dostawalismy za posrednictwem prof. Czekanowskiego. Z drugiej stromy ogrodu byl budynek Wydzialu Biologii gdzie znajdowala sie katedra prof. Rudolfa Weigla wynalzcy szczepionki przeciwko tyfusowi plamistemu gdzie pracowalismy w czasie okupacji. Ogrod byl odwiedzany przez bardzo mala ilosc dzieci, przewaznie profesorskich, tak ze bylo mowiac szczerze dosc nudnie, ale spokojnie. Wiecej atrakcji i dzieci bylo w Parku Stryjskim ktory byl otwarty dla wszystkich.

Ema odeszla jak zaczalem chodzic do szkoly i wowczas Mama przyjela Mile ktora byla kombinacja panny do dziecka i pokojowej.

Na wakacje po skoczeniu przedszkola pojechalismy nad morze, do Gdyni. Podroz odbywalismy w relacji: Lwow-Warszawa pociagiem nocnym druga klasa, tak ze mozna bylo podniesc oparcie i spac na nim. Na dolnym siedzeniu bylo albo drugie spanie, abo trzeba bylo siedziec , jak nie bylo miejsca dla reszty pasazerow w przedziale. Dzien spedzilismy w Warszawie odwiedzajac rodzine i przyjaciolke Mamy "Ciocie" Janke ktora miala sliczna wille na Zoliborzu gdzie byla bardzo fascynujaca aparatura filmowa. Jej narzeczony - zmarl na krotko przed slubem - mial wytwornie i kopiarnie filmow Feniks, ktorej nazwe mozna ogladac na kopiach przedwojennych filmow. Wieczorem pojechalismy do Gdyni.

Tam zamieszkalismy w pensjonacie "Willa sw. Andrzeja Boboli" u stop Kamiennej Gory przy samej plazy przy budujacym sie wowczas nadbrzezu, bo pamietam jak przyplywaly holowniki ciagnace wielkie betonowe kesony, potem je zatapiano i zasypywano ziemia. Na plaze chodzilo sie w kostiumie kapielowym i sandalkach, tylko z recznikiem i kocem zeby sie na nim polozyc. Od tej pory moim mazeniem bylo mieszkac przy samej plazy. Nie spodziewalem sie wowczas ze przez 12 lat bede mieszkal w Sopocie bardzo blisko plazy a na starosc bede mial dom nad kanalem ktory wplywa do Zatoki Meksykanskiej.

W okresie naszego pobytu w Gdyni odbywal sie tam Swiatowy Zjazd Polakow z Zagranicy polaczony z defilada okretow Marynarki Wojennej i pokazem ogni sztucznych na zakonczenie zjazdu. Mama z bratem poszli ogladac pokazy ogni sztucznych a mnie polozono spac. Poniewaz okno naszgo pokoju wychodzilo na plaze, ognie sztuczne wyrwaly mnie ze snu i przestraszyly, tak ze wybieglem w koszuli nocnej szukac ratunku u wlascicielki pensjonatu. Po powrocie Mamy mialem do niej pretensje ze mnie zostawila samego, a brat smial sie ze mnie ze jestem tchorzem i boje sie ogni sztucznych.

Poniewaz maz Ciotki Kazi byl dyrektorem Ligi Morskiej i Kolonialnej - ktorej prezesem byl gen. Orlicz Dreszer - wiec mial do dyspozycji motorowke. Skorzystalismy z tego i poplynelismy najpierw na Hel a potem do Pierwoszyna.

Pierwoszyn byl majatkiem wuja Stasia ktory rownoczesnie mial tam letnisko gdzie przewaznie spedzali wakacje wujostwo Dziuniowie z ich coreczka Renia. Moglismy wiec za jednym zamachem odwiedzic obie rodziny. Pamietam ze w drodze powrotnej byl problem z zastartowaniem motorowki i byla obawa jak wrocimy do Gdyni. Droga morska bylo niedaleko, ale jechac ladem byla znacznie dalej bo trzeba bylo jechac przez Oksywie. Na szczescie motor na koniec zapalil i wrocilismy szczesliwie do Gdyni. W czasie wakacji widzialem poraz pierwszy w kinie Trzy Swinki Disney'a ktore mi sie bardzo podobaly. W owym czasie w Gdyni byly bardzo popularne "rurki z kremem" ktorych nie bylo we Lwowie. Wowczas diety nie byly w modzie i mozna sie bylo nimi rozkoszowac.


Rodzinka w komplecie

Po zakonczeniu wakacji wrocilismy przez Warszawe do Lwowa spedzajac dzien na odwiedzinach rodziny w Warszawie. Wowczas pierwszy raz poznalem brata ojca Stryja Bronka i jego zone Ciocie Cesie i ich dwie corki: Wande i Marysie nazywana Lalunia ktora w czasie wojny niemcy scieli toporem w Moabicie za szpiegostwo na rzecz Anglii. Ciocia miala lekkiego zeza i byla bardzo goscinna i nie mozna bylo sie "wymigac" zeby wszystkich lakoci nie zjesc, bo ciagle je dokladala. Stryj Bronek byl szczuplym wysokim i eleganckim architektem ktory mial na swoim koncie szereg duzych gmachow wlacznie z Bankiem Polskim. Po wizycie odwiozl nas na nocny pociag do Lwowa.

July 3 1999

Stanisaw Szybalski
Punta Gorda, FL 33950
Prawa autorskie zastrzezone