Wspomnienia ze LWOWA w czasie wojny
i w czasie okupacji sowieckiej i niemieckiej

Dzien 1 wrzenia 1939 byl sloneczny i nie zapowiadajacy ze nasze zycie w Wolnej Polsce nigdy nie powroci. Moj brat z Babcia pojechali do banku odebrac Babci emeryture a ja poszedlem kupowac przybory szkolne. Szedlem do nowej szkoly i do szostej klasy i czulem sie juz prawie dorosly. Nie pamietam dlaczego nie poszedlem do sklepu paierniczego Zimnego ktory byl po drugiej stronie ulicy Zyblikiewicza, ale poszedlem na ul. Fredry gdzie sklep mial Michotek, ojciec Jurka, kolegi brata i pozniejszego aktora i spiewaka. Powodem tego bylo pewnie ze chcialem zobaczyc szkole do ktorej juz nie bede chodzil. Sklep Michotka byl blizej dawnej szkoly i byl obslugiwany przez wlasciciela ktory dbal o klijentow jak subjekci u Zimnego.

Wychodzac ze sklepu uslyszalem wybuchy gdzies w kierunku Legionow. Myslalem ze moze to artyleria cwiczy. Nie mniej wrocilem do domu gdzie dowiedzialem sie ze wojna sie zaczela i ze Lwow juz byl bombardowany. Niewiedzielismy co robic, zaczeto mowic o klejeniu okien tasmami zeby szkolo nie wypadalo w razie bliskiego wybuchu, o zaciemnianiu okien ktore praktykowalismy kilka dni wczesniej. Zaczalem szukac wiadomosci w radiu - mielismy nowe ze stacjami zagranicznymi. Po chwili wrocil brat z wiadomoscia ze Lwow jest bombardowany i ze powinnismy przygotowac schron w piwnicy. Na ten cel Mama przeznaczyla piwnice nalezaca do nie wynajetego mieszkania na mezanine. Hania i Jan - nasz dozorca - poszli robic porzadki, przygotowac troche mebli, powiesic chamak. Potem poszla do sklepu spozywczego w naszym domu kupic co sie da, bo trzeba bylo robic zapasy. Potem poszla do cukierni Dabrowskiego kupic ciastka i pieczywo, bo nigdy nic nie wiadomo. Z nafciarni przyniesli banki z nafta, bo moze nie byc swiatla, a od weglarza wegiel, bo nie wiadomo jak bedzie z dostawami. Ojciec byl w Warszawie i Mama rozmawiala z nim telefonicznie. Powiedzial ze jak sytuacja sie pogorszy wroci do Lwowa. Tak minal pierwszy dzien wojny.

Nastepnego dnia dowiedzielismy sie ze niestety sytuacja na frontach nie wyglada rozowo ale nie bylo paniki. Bylo kilka nalotow i opowiadano ze syn piekarza Kierschingera u ktorego kupowalismy zawsze doskonaly chleb, ktory jak byl swiezy tak ladnie "chrupal" jak sie gryzlo jego skorke i ktorego syna nie bylo widac od dluzszego czasu jest w niemieckim lotnictwie i nas bombarduje. Niewiem ile w tym bylo prawdy. Zaczela dzialac agencja prasowa JPP - jedna pani powiedziala - i zaczeto opowiadac ciagle nowe plotki ktore przewaznie byly poboznymi zyczeniami nie majacymi nic wspolnego z prawda.

Trzeci dzien wojny chyba byl podobny. W nastepnych zaczeli pokazywac sie uchodzcy i coraz wiecej znajomych z zachodniej Polski zaczelo zjezdzac do Lwowa. Moje wspomnienia co sie stalo ktorego dnia sa bardzo niedokladne, tak ze bede sie bardziej koncentrowal na faktach z tych dni.

Wypowiedzenie wojny przez Angie i Francje bylo przyjete z entuzjazmem. Teraz zaczely sie plotki ze pewnie niedlugo przyjda do nas z odsiecza i wowczas dopiero pokazemy szwabom gdzie pieprz rosnie. Radio ciagle nadawalo: "nadchodzi, przeszedl" ktore nie bardzo rozumielismy, potem byly marsze, komunikaty, dzienniki z ktorych nie wynikalo nic dobrego niestety.

Najpierw przyjechal ojciec. Pamietam ze byl w pumpach i z pleacakiem w ktorym chyba mial tylko zmiane bielizny i najbardziej osobiste rzeczy. Najwieksze na mnie wrazenie zrobilo ze mial 10 strzalowy Mauzer z zapasowym magazynkiem ktory wzial z posterunku policji w Warszawie jak wychodzil z miasta. Zdal swoj pistolet jak wojna sie zaczela i kazano oddawac bron. Tak ze bylismy w komplecie. Kilka dni pozniej przyjechal brat Matki Wujcio Dziunio z Ciocia Jagoda i Renia. Zamieszkali u Babci na mezaninie i stolowali sie u nas. Pamietam ze przyjechali swoim Fiatem, ale niewiem co sie z nim potem stalo bo gdzies wyjezdzali, potem wracali, moze Renia dopisze o tym okresie wiecej.

Codziennie bylo po kilka nalotow, ale na szczescie zadna bomba nie spadla w naszej okolicy. Spedzalismy czas nalotu w piwnicy a mnie albo brata zachecano do spania w chamaku, co bylo szalenie niewygodnie bo sie ciagle chustal jak sie chcialo przewrocic, a czasem nawet z niego wypadalo. Brat wiekszosc czasu spedzal na nauce angielskiego, bo nie lubial nalotow.

Wiadomosci z frontu byly coraz gorsze. O pomocy z zachodu nie bylo ani slowa, nawet agencja JPP nic nowego nie donosila. Po dziesieciu dniach Lwow zostal otoczony i zaczela sie obrona Lwowa. Przedmiescia Lwowa byly pod obstrzalem i ich mieszkancy zaczeli sie chronic w miescie. Jednym z nich byl nasz przyjaciel prof. Czekanowski ktory od niedawna mieszkal w swojej niedawno wybudowanej willi. Bylo tam niebezpiecznie wiec przyjechal do nas z "workiem cukru", jego najcenniejszym skarbem. Mama miala cicha nadzieje ze wzamian za mieszkanie dostanie ten wymazony worek cukru. Worek zostal w posiadaniu profesora. Poniewaz mielismy puste mieszkanie na mezanine, wiec je dostal, dalismy troche mebli, reszte przywiozl z domu i w ten sposob zyskalismy bezplatnenego lokatora i towarzystwo.

Naloty zaczynaly sie wzmagac. Spedzalismy noce i czesc dnia w piwnicy sluchajac swistu spadajacych bomb. Na szczescie bomby przewaznie spadaly na cytadele ktora nie byla daleko w linii prostej. Armia Generala Sosnkowskiego ktorego spodziewalismy sie z odsiecza zostala rozbita nie dochodzac do Lwowa. Zblizal sie czas ze brat sie mial zameldowac w szkole podchorazych. Mama stawala na glowie zeby go wyreklamowac, szczegolnie ze koleje przestaly kursowac, pozostalo tylko pojscie na piechote, a po drodze by musial przechodzic przez ukrainskie wsie. Poniewaz praktycznie nie bylo policji i panowalo bezprawie , wiec byla uzasadniona obawa napadow, rabunku i mordu. Na koniec Mama nie puscila brata i madrze zrobila bo ci ktorzy poszli czesciowo zostali zamordowani a czesciowo pozniej zlapani przez sowietow.

U zbiegu pl. sw. Zofii i ul. sw. Zofii gdzie byla apteka ktos wyskoczyl z okna trzeciego pietra i sie zabil. Zrobilo sie wielkie zamieszanie, karetki pojechaly na front, tak ze niewiem jak go zabrano. Okazuje sie ze to byl uciekinier z Warszawy ktory bedac zydem nerwowo nie wytrzymal ze Lwow podda sie niemcom i popelnil samobojstwo.

Nie bede przytaczal tu dane historyczne ktore sa ogolnie dostepne i ogranicze sie do moich wspomnien.

17 wrzesnia sowieci przkroczyli granice wbijajac noz w plecy walczacej Polsce. Wowczas nie wiedzielismy o tajnym dodatku do ukladu sowiecko niemieckiego, ale nie spodziewalismy sie ze sowieci ida nam z pomoca, choc poczatkowo byly takie plotki. Lwow dalej sie bronil ale oprocz niemcow podeszli tez sowieci. Zaczely sie negocjacje i 22 wrzesnia Lwow sie poddal sowietom. Bylo kilka godzin zawieszenia broni gdy wojsko juz bez broni zaczelo wychodzic z cytadeli i sie mieszac z ludnoscia cywilna. Okolo 3 po poludniu pokazaly sie pierwsze sowieckie czolgi jadace ul. Zyblikiewicza w kierunku pl.sw. Zofii. Dyskretnie patrzylismy sie przez okna i drzwi balkonowe. Po chwili uslyszelismy strzal armatni i potem pokazali sie zolnierze w pelerynach i z karabinami maszynowymi na kolkach rozgladajacy sie niepewnie po okolicznych domach. Wygladali strasznie. Brudni, zarosnieci, w niechlujnych mundurach i jak potem zobaczylismy ze karabiny mieli na sznurkach a nie rzemieniach. I to mieli byc wyzwoliciele, jak pozniej siebie nazywali, a mysmy dodawali im taki wierszyk:

"Wyzwoleni z panskich knutow, panskich portek, panskich butow, wraz z radzieckich ludzi kupa tez swiecimy gola d...."

Jak sie okazalo w bramie domu sasiedniego gdzie mieszkal mec. Stronski zebrala sie grupa ludzi ktorzy jak zobaczyli sowiecki czolg zaczeli go wiwatowac. Zaloga czolgu nie zrozumiala przyjacielskich gestow i wystrzelila z dzialka zabijajac i raniac siedem osob. Wyrwa w bramie i scianie wejscia do domu ze spora iloscia rozpryskanej krwi prze dluzszy czas straszyla przechodniow. Nie mozna powiedziec ze ich zalowalismy, wprost przeciwnie bo nie spodziewalismy sie zeby ktos mogl sowietow wiwatowac.

Po zakonczeniu dzialan wojennych prof. Czekanowski wrocil do swojej willi zabierajac wraz z swoimi rzeczami rowniez slawny worek cukru. I tak skonczyla sie cukrowa saga. Potem przez wiele lat sie z Mamy nabijalismy.

I tak stalismy sie czescia czerwonego imperium. Ze sklepow zginelo wszystko czesciowo wykupione, schowane i zrabowane. Jak sie nie mialo zapasow, to bylo slabo. Zaczal sie handel wymienny. Chlopi zaczeli przynosic do domu jak dawniej mleko, ser, smietane, ale nie chcieli pieniadzy, tylko odziez, posciel czy jakie produkty przemyslowe. Ojciec zaczal zamieniac rozne produkty na zywnosc. Pamietam ze mial sliczny skorzany pokrowiec na swoj ukochany dryling- wiekszosc swojej broni oddal strzelcom w czasie obrony Lwowa - za ktory chyba dostal slonine. Podobny los spotkala jego "switke" - futro na polowania. Hania oddawala przescieradla i powloczki na koldry za maslo i smietane. Zlote byly przyjmowane na rowni z sowieckimi rublami 1:1, tak ze pieniadze byly. Mnie sie podobaly nowe "czerwonce" wiec wymienilem wszystkie swoje oszczednosci na nie i nie bylo na co wydawac bo sklepy byly puste. Potem pokazala sie machorka "kierpiczna" - z samych lodyzek, bez lisci - i zapalki. Chleb pokazywal sie od czasu do czasu i wowczas trzeba bylo stac w ogonku seby go kupic jego przewaznie straczylo tylko dla tych ktorzy byli blizej wejscia do sklepu. Zdobycie jedzenia bylo najwazniejsze i na tym cale nasze zycie sie koncentrowalo.

Poniewaz Ojciec nie mial pracy, wiec ktos ze znajomych polecil go Prof. Rudolfowi Weiglowi za tlumacza. Ojciec mowil i pisal biegle po rosyjsku bo pochodzil z Kongresowki, a profesor nie znal rosyjskiego i nie mogl sie rozmowic ze swoimi "goscmi". Prof. Weigiel byl wynalazca szczepionki przeciwko tyfusowi plamistemu ktorego epidemie dosc czesto wybuchaly w roznych czesciach czerwonego imperium. Z tego powodu sowieci starali sie go pozyskac do pomocy w zwalczaniu tyfusu. Zaraz za wojskiem zaczeli przyjezdzac rozni specjalisci na rozmowy ktorzy nie znali polskiego. W tej sytuacji Ojciec zostal jego asystentem ubranym w plaszcz laboratoryjny uczestniczyl we wszystkich spotkaniach. Szkoda ze nigdy nie napisal wspomnien z tego okresu, a bylo co wspominac. Uczeni pamietajacy jeszcze w wiekszosci czasy carskie i odcieci od czasu rewolucji od swiata byli glodni kontaktu z zachodem. Mimo teroru czesto, szczegolnie po wodce zaczynali otwarcie mowic z ojcem. Dowiadywal sie rzeczy o ktorych nam sie nie snilo. To bylo zaraz po stalinowskich czystkach w armii i aparacie partyjnym w czasie ktorego mordowano kazdego kto nie byl "blagonadiozny" - pewny. Pamietam ze raz ojciec nam powiedzial rade jaka dostal: nie zapisuj sie do partii i malo kradnij. Wyjasnienie: jak sie zapiszesz to zawsze cie moga wylac i wowczas koniec z praca zawodowa i przyszloscia. Jak nie nalezysz, to zawsze maja nadzieje ze sie zapiszesz, wiec masz szanse. Jak bedziesz duzo kradl to cie zamkna i wykoncza. Jak nie bedziesz kradl to zginiesz z glodu. Te rade zapamietalem na cale zycie. To co Ojciec zarabial bylo smieszne, ale bylo cos. Mielismy pieniadze i jak dlugo zlotowki byly wazne i mielismy zapasy na wymiane towarowa, mozna bylo sie przezyc. Brat poszedl na Politechnike po dodatkowym egzaminie ograniczjacym przyjecie tylko prymusow i odpowiednio "klasowych". Ja poszedlem do Cwiczeniowki i zaczalem nie tylko nowa szkole ale i nowy system nauczania.

Wuj Bohdan ze zlamana reka juz czesciowo zrosnieta sie pokazal w mundurze zolnierkim. Mama zaraz go przebrala na cywila i po kilku dniach wyslala spowrotem przez zielona granice do Warszawy. Urodzony na Ukrainie i ze swoim pochodzeniem, bedac na dodatek oficerem rezerwy nie mial szans na zaczepienie sie. Wuj Zus tez chyba mial problemy z koniem i znalazl sie w szpitalu na Kurkowej gdzie bylo wielu oficerow wlacznie z Gen. Andersem. Odwiedzilismy wuja a Ojciec przy okazji Gen. Andersa ktorego znal, ale ktory byl bardziej pilnowany jak nizsi ranga oficerowie. Mama kazala Zusiowi zalatwic przepustke do miasta i przyjsc do nas. Zaczal tlumaczyc o trudnosciach, ale Mama byla stanowcza i nie mogl sie wykrecic. Po kilku dniach sie u nas pokazal, zostal przebrany w cywila i po kilku dniach spedzonych u nas odprawiony do okuacji niemieckiej gdzie pod zmienionym nazwiskiem przezyl wojne.

Sowieci zarzadzili rejestracje oficerow, podoficerow, policjantow, sedziow, prokuratorow zeby miec gotowe listy do aresztowan i wywozow. Wiekszosc ktora nie posluchala sie uratowala. Zarejestrowani nie dlugo cieszyli sie wolnoscia, chyba ze zaczeli sie ukrywac, co bylo coraz trudniejsze bo donosicielstwo bylo bardzo dobrze rozwiniete i wiele starych porachunkow zostalo w ten sposob uregulowanych. U nas w domu czasami nocowalo po kilku oficerow ktorych Mama wysylala w swiat. Nie orientowalismy sie wowczas w sile donosow a nasz dozorca Jan do pewnych nie nalezal.

Niedlugo potem odbyly sie "wybory" czy chcemy byc przylaczeni do sowietow. To byla wyjatkowa farsa jaka cechowaly wszystkie ich wybory. Roznica byla w tym ze podczas nastepnych mozna bylo kupic rzeczy ktore nie byly dostepne. Tym razem nie bylo "wyborczej kielbasy". Kazali glosowac na jedynego kandydata ktory poprosi zeby nas przylaczyli do sowietow. Oczywiscie zostal wybrany, poprosil o przylaczenie, odbyly sie manifestacje popierajace wyniki wyborow i stalismy sie obywatelami sowieckimi.

Pozna jesienia Wuj Dziunio postanowil ze pojdzie na Wegry zeby dostac sie do wojska. Mama wyposazyla go w pieniadze i bielizne i z Babci i Mamy blogoslawienstwem pojechal z grupa jemu podobnych. Bardzo szybko wrocil. Jak sie okazalo byla wpadka, ale wuj sie w pore zorientowal i wyskoczyl z pociagu nim reszta zostala aresztowana. Kilka dni pozniej wzial Ciocie i Renie i przeszli przez zielona granice do niemieckiej okupacji. Moze Renia cos wiecej napiszesz na ten temat, bo ja znam to tylko z drugiej reki.

W listopadzie sowieci zatakowali Finlandie i narazili sie na smiech calego swiata bo malutka Finlandia nie dala sie. Oczywiscie propaganda sowiecka jak zwykle klamala i nie przyznawala sie do porazki.

Poczatkowo jak Sowieci przyszli mieli szeciodniowy tydzien ktory nie pokrywal sie z naszym siedmiodniowym tygodniem.To nie trwalo dlugo i wrocili do normalnego kalendarza ale dzienniki szkolne ktore z nas kazdy musial miec l co tydzien musialy miec podpis rodzicow, trzeba bylo
je przerabiac dodajac dodatkowy dzien. Nie mielismy ksiazek ani zeszytow i jedno co bylo dostepne to fioletowy atrament i chemiczne olowki. Ze wszystkich lekcji musielismy robic notatki i z nich sie uczyc. Tak samo jak my uczyc musieli sie nasi nauczyciele ktorzy nie znali sowieckiego systemu nauki. Brakowalo rowniez opalu tak ze w szkole siedzielismy w plaszczach, czapkach i rekawiczkach. {

Dzien przed wigilia zloty przestal byc przyjmowany. Kursowal jeszcze w niemieckiej okupacji, ale to bylo dla nas mala pociecha. Ja bylem jeden ktory mial ruble, za wyjatkiem jakichs pojedynczych rubli jakie miala reszta rodziny. Zrobilem sie bogaty i zaczalem pozyczac. Nie mniej mielismy calkiem wystawne swieta i sporo gosci.

Dzien po swietach zjawilo sie u nas dwuch przedstawicierli sowieckiej wladzy: jeden byl ukraincem a drugi zydem i powiedzieli Mamie ze przyszli zrobic z niej zebraczke. Nasze kamienice zostaly upanstwowione a srebro, bizuterie i inne walory powinna oddac wladzy poniewaz uzyskala je droga wyzysku. Ojca nie bylo w domu, ale Mama nie byla osoba bojazliwa. Zaczela sie z nimi wyklocac, zadac oficjalnych pokwitowan a w miedzyczasie Hania wkladala pod spodnice co cenniejsze i wynosila z domu. Mama pokazala im ze nic niema bo wszystko co miala to sprzedala zeby rodzine wyzywic i jakos sie wyniesli. Za trzy dni byl Sylwester, wiec Mama zrobila wielkie przyjecie z zapasow jakie mielismy zeby sie "kacapom" nie dostalo.

Tak zaczynalismy rok 1940. Mrozy byly szalone, zeby cos kupic trzeba bylo stac godzinami w ogonkach. Ja mimo ze chodzilem w Ojca filcowych butach do polowania odmrozilem sobie czesc obu stop, co do dzis zawsze mi sie daje we znaki.

Po poworcie do szkoly dowiedzielismy ze nasz klasa zostala przeniesiona do 8 Gimnazjum ktore bylo polozone blisko szkoly i przemianowani na klase piata sowieckiej dziesieciolatki. Do tej samej klasy zostala zaliczona pierwsza klasa gimnazjalna i otrzymala ten sam program nauczania co my.

Mrozy byly takie ze czasto nie bylo lekcji w nieogrzewanej szkole i chodzilismy na narty. Ojciec bardzo interesowal sie polityka. Niestety nie mielismy zadnych dobrych wiadomosci, wiec trzeba bylo znalezc zrodla pociechy. Nimi byly przepowiednie Wernyhory i inne temu podobne bajki. Ojca wielka nadzieja bylo ze Anglicy wyladuja w Baku i sowieci beda pozbawieni nafty i to ich polozy na nogi. Niewiem skad mu przyszly do glowy te pomysly,ale one byly szeroko debatowane.

Pamietam jak ze szkola poszlismy do teatru na szekspirowski Wieczor Trzech Kroli. Teatr polski znajdowal sie chyba na Jagielonskiej w dawnym zydowskim teatrze, malym ale ladnym. Po drodze do teatru minelismy grupe wiezniow skutych pod straza zolnierzy NKWD ktore wygladalo bardzo przygnebiajaco i zamiast ogladac spektakl myslalem o tych wiezniach i ich losie. To bylo moje pierwsze spotkanie z rzecywistoscia o ktorej codzinnie sie slyszalo ze ten czy ow byl aresztowany. W koncu stycznia lub w lutym, jeszcze w czasie najwiekszych mrozow zaczely sie wywozki osadnikow wojskowych i "nieblagonadioznych" czyli ludzi niebezpiecznych dla sowietow. Slyszelismy o tym ale to jeszcze nas nie dotknelo. W poczatku marca zaczela sie wywozka ze Lwowa. Poznym wieczorem podjezdzal Gazik - mala ciezarowka budowana w fabryce sprzedanej i zainstalowanej przez Forda z kilkoma "bojcami" - zolnierzami i komandirem i dawali b. malo czasu zeby zabrac troche osobistych rzeczy i zawozili ich na dworzec towarowy i ladowali do wagonow towarowych ktore przez kilka dni staly na bocznicy bez jedzenia i wody i zadnych warunkow sanitarnych nim odjechaly w daleka droge do Kazachstanu.

Poniewaz sporo zanojomych i kolegow bylo w tych transportach na nas padl blady strach. Rodzice przygotowali walizki zeby w razie wywozki nie trzeba bylo zaczynac od zera co sie ma zabrac. Pozatem ludzie chodzili na Pelczynska gdzie bylo NKWD w dawnych biurach Elektrowni zeby zobaczyc czy sie tam zbieraja gaziki, bo jezeli tak to znaczy ze tej nocy bedzie wywozka.

Niedlugo potem zaczeto wydawac "paszporty" czyli dowody osobiste. Ja bylem jedyny ktory nie musial tego zalatwiac, bo nie mialem skonczonych 16 lat. Po otrzymaniu paszportu stawano sie automatycznie obywatelem kraju rad. Kiedy Mama poszla odbierac swoj paszport, ku jej zdziwieniu milicjantem ktory jej wydawal paszport nie byl kto inny jak malarz Golebiowski z ktorym rozstala sie niezbyt przyjaznie. On powiedzial Mamaie: "Spotkalismy sie towarzyszko Szybalska" oddajac jej paszport. Mama wrocila zdenerwowana i miala powody ku temu. Niedlugo potem rodzina dostala wezwanie na milicje i wowczas wpisano im do paszportu jedenasty paragraf, czyli wilczy bilet nie pozwalajacy mieszkac w pasie granicznym ani w wiekszym miescie do jakich Lwow sie zaliczal. To nie byly zarty. Zostawic mieszkanie i przenosic do sie malego miasteczka gdzie nigdzie nie bylo pracy dla ojca ani miejsca do zamieszkania. Ojciec wykorzystal swoje stosunki przez prof. Weigla. Pojechali do Obkompartii -obwodowego komitetu partii i po dluzszych dyskusjach cofnieto nam 11 paragraf.

Po wywiezionych przyjaciolach Matki Leszka zostal osierocony jamniczek "Smoczek" ktorego Leszek wyprowadzal "za potrzeba" i na spacery. To byla bardzo mila psina na bardzo krotkich nozkach tak ze brzuszkiem zamiatal ulice i w czasie deszczu byl calkiem zablocony,tak ze trzeba bylo go myc. Biedny chyba tesknil za wlascicielami wiec staralismy go troche rozerwac biegajac z nim na spacerach i podsuwajac cos dobrego. Poniewaz Leszek nie lubil dozorcy w swoim domu, wiec jak wychodzil ze Smoczkiem ktory natychmiast szukal sciany gdzie by mogl podniesc noge, Leszek ciagnala go ze biedna psina byla w charakterze sikawki podlewajac caly tretuar. Niewiem czy to mialo jakis wplyw na ciecia - dozorca - ale dawalo Leszkowi satysfakcje.

W miedzyczasie dokwaterowali Babci z ktora mieszkala Pani Kasia ziemianka z poznanskiego i zona kolegi z wojska Wuja ,Komandira Zolotowa z artylerii. Byl grzecznym zydem, ale po niedlugim czasie zjechala do niego rodzina tak ze mieszkanie w przechodnim malym pokoju przy pianinie bylo za male i zazadal zeby Babcia z Kasia sie przeniosla do malego pokoju a oni do babci ktory mial 5 na 6 metrow. Ze nie bylo tam kuchni nie mialo dla nich znaczenia bo byli przyzwyczajeni jak opowiadali do znacznie gorszych warunkow. Poniewaz Babcia mowila biegle po rosyjsku, wiec dowiedziala sie od nich sporo rzeczy, sczegolnie jak sobie popili i chcieli sie dowiedziec o zyciu w Polsce. Poniewaz nam tez chciano zabrac pokoj, a wszystkie byly w amfiladzie - przechodnie - wiec dogadal sie Ojciec ze wezmiemy Babcie z Kasia do siebie a im oddamy Babci mieszkanie. Babcia dostala nasz pokoj sypialny, ja z Mama przenieslismy sie do salonu a Ojciec wstawil zelazne lozko do pokoju stolowego i tak mieszkalismy do czasu wyjazdu ze Lwowa.

Wiosna przyjechala do Lwowa komisja niemiecka w celu repatriowana ludnosci niemieckiej spod sowieckiej okupacji. Pamietam jak chodzili do Gastronomu i wykupywali dla nas zbyt drogie delikatesy jak wedzony jesiotr, losos, kawior, szampan i inne alkohole. Rowniez uciekinierzy z zachodnich terenow Polski ktorzy chcieli wrocic do swoich przedwojennych miejsc zamieszkania. Wszystkich ladnie zarejestrowano, ale niewielu niemcy pozwolili wyjechac.Reszta zarejestrowanych zostala i wsrod nich bylo sporo zydow ktorzy mieli dosc sowietow i nie wierzyli ze niemcy moga ich zamordowac. To bylo jeszcze przed okresem zamkniecia get w Generalnej Guberni.

Kilka miesiecy pozniej wiekszosc tych zarejestrowanych zostala wywieziona do Kazachstanu jako niepewny element . Dzieki temu zydzi uratowali sie od wyslania do obozow zaglady i wrocili do Polski w koncu wojny i zajeli wysokie stanowiska w komunistycznych wladzach, szczegolnie w aparacie bezpiueczenstwa i wojska.

Te wszystkie zdazenia zostaly zacmione upadkiem Norwegii i Francji gdzie polscy zolnierze walczyli. Mozna powieziec ze to bylo dno od ktorego moglismy sie tylko odbic.

Instytut dostal sowieckiego dyrektora ktory zamieszkal w mieszkaniu naprzeciwko nas, zeby nas mogl lepiej pilnowac. Prof. Weigiel juz nie potrzbowal tlumacza, wiec ojciec zostal przeniesiony na kierownika bazy samochodwej instytutu. Niemniej przyjazn z profesorem utrzymala sie do konca zycia. Wieczory spedzali czesto na dyskusjach politycznych w ktorych Ojciec zaczal sie specjalizowac jakby dzis to mozna okreslic zlosliwie ze byl domoroslym analitykiem politycznym z wielkimi poboznymi zyczeniami, bo czesto nic mu innego nie pozostawalo. Sluchal bardzo pilnie Londynu i to bylo podstawa do jego analiz politycznych.

Jezeli chodzi o moja szkole to zaszly duze zmiany. Nauczycielem algebry zostal brata nauczyciel robot recznych. Nasz sasiad z ul. sw. Marka ktory byl jego nauczycielem spiewu, a z zawodu byl aptekarzem zaczal uczyc nas rosyjskiego. Mialem szczescie ze ojciec mogl mi dawac korepetycje, bo inaczej bym sie nigdy tego jezyka nie nauczyl. Musze przyznac ze nauczyciel byl wyrozumialy i poczciwego serca, tak ze zadko wolalismy jak to bylo w przeszlosci "pigularz solo". Gorzej bylo z historia starozytna ktorej nauczycielem byl ukrainiec zwany trupia glowka, ktory kazal nam korzystac z ksiazki wydanej po ukrainsku ktorej nie rozumialem. Ciagle pytal i stawial zle oceny jak tylko ktos czegos nie rozumial. Od tego czasu mimo mego historycznego hobby, historii starozytnej nie lubie.

Ukonczylem poraz drugi piata klase, tym razem sowiecka z niezlymi ocenami i przeszedlem do nastepnej.

Poniewaz to co Ojciec zarabial nie wystarczalo na utrzymanie naszej rodziny, wiec niepozostawalo nic innego jak sprzedawanie naszych zapasow zeby miec dodatkowy dochod. Jezdzilo sie tramwajem do Teatru Wielkiego za ktorym znajdowal sie targ starzyzny zwany krakidaly, a sam rynek byl "na Paryzu". Stalo sie na brzegu chodnika o ktore czesto trzeba bylo walczyc i pokazywalo sie swoj "towar". To bylo kino godne albo dobrego scenariusza albo przynajmniej ksiazki. Jezdnia przechodzily tlumy kupujacych przewaznie sowietow i kupowali najroznorodniejsze rzeczy zeby wymienic: damskie koszule nocne ktore sowietki uzywaly jako suknie wieczorowe - po wielu latach w Moskwie mialem "tlumaczke" z KGB ktora w chwilach szczerosci opowiadala o tych zdarzeniach twierdzac ze jej matka ktora byla z lepszej sfery z tych nowych "elegantek" po cichu sie wysmiewala. Bardzo dobrym towarem byly stare widokowki jakie uzywano jako obrazki na sciany, wszystkie zabawki, szczegolnie te mechaniczne, odziez, posciel, rozne zbedne drobiazgi mialy najlepsza cene. Tam spedzilismy sporo wieczorow w okresie letnim pomagajac naszej kasie domowej.

Jesien 1940 roku minela spokojnie, powoli pogodzilismy sie z losem i czekalismy na jakies zmiany, ktore ojciec ciagle przepowiadal wlacznie z napadem niemcow, mimo ze wowczas przyjazn pomiedzy dwoma okupantami kwitla, Szkola nadal nie byla opalana, ale zima byla lzejsza. Chodzilem na kryta plywalnie, potem na narty i slizgawke. Z tym ze nie na Pelczynska ktora byla kolo NKWD, ale na duzo dalsza Switezianke. Powodow tej zmiany nie pamietam. Mialem nowe spodnie narciarskie zrobione z munduru Wuja Bohdana ktore przetrwaly szereg sezonow bo "komisny" material z ktorego byly zrobionne byl jak skora.

Po zakonczeniu szkoly zaczelismy z Leszkiem jezdzic na rowerowe wycieczki zeby poznac okolice Lwowa ktorych wlasciwie nie znalismy. Wracajac z takiej wycieczki 21 czerwca natknelismy sie umocniony patrol wojskowy przy wjezdzie ze Sknilowa. Sprawdzali wszystkie pojazdy, ale nami sie nie zainteresowali. To bylo dziwne, bo wyjezdzajac nic na drodze nie bylo. Po poworcie do domu opowiedzialem o tym rodzinie i ojciec zaczal sie zastanawiac czy to nie z powodu nowych wywozek do Kazachstanu ktore ciagle pesymisci przepowiadali.

Nastepnego dnia byla niedziela, dzien wyspania sie a tymczasem brat nas zbudzil przed piata mowiac ze slyszy niemieckie samoloty. W pierwszej chwili go zbagatelizowalismy, ale Ojciec zaczal szukac niemieckich stacji w radiu i uslyszal przemowienie Goebelsa o wymowieniu wojny sowietom. Majac smykalke handlowa zaraz wzialem wszystkie swoje oszczednosci ktore po nauczce ze ksiazka oszczednosciowa jest najlepsza droga do straty oszczednosci, pozyczylem od brata jego oszczednosci pod warunkiem ze oddam mu w relacji 1:1 w walucie jaka bedzie po wkroczeniu niemcow.

Poniewaz to byla niedzielne wczesny poranek i wszystko bylo zamkniete, za wyjatkiem wielkiego gastronoma w dawnym sklepie Zalewskiego ktory chyba byl otwarty cala dobe. Poszedlem tam z pleackiem ojca na zakupy. Chyba nikt z kupujacych ani sprzedajacych nie wiedzial o wojnie i widzac chlopca z plecakiem mysleli ze to "wsiowy" ktory przyszedl po zakupy. Szybko kupilem co sie dalo: papierosy, konserwy, czekolade, cukierki i wydalem wszystko co posiadalem. Pozniej sie okazalo ze na samych papierosach zarobilem tyle ze moglem splacic dlug, kupic material i uszyc sobie swoje pierwsze za wlasne pieniadze ubranie, dac Mamie sporo konserw, a za reszte sprzedanych towarow mialem na drobne wydatki na dluzszy okres czasu.

Po poworcie do domu zastalem wszystkich patrzacych sie z balkonu na panike sowietow. Pozniej zaczeli przychodzic znajomi i bylo sporo toastow za zwrot kamienic ktore niebawem nastapi i ze szybko pozbedziemy sie kacapow. Opowiadano o 103 osobowych sowieckich czolgach ktore maja 3 osobowa zaloge i 100 zolnierzy ktorzy pchaja ten czolg. Byla mowa o kolosie na glinianych nogach. Zapomnielismy ze niemcy sa tacy sami a moze gorsi wrogowie, ale to w tym momencie nie bylo wazne. Dzieki panice normalny terror zostal zapomniany, a byl niedaleko: na dole byl a moze juz go nie bylo komandir Zolotow, a na dugim pietrze u hr. Lozinkiego mieszkal szofer z NKWD ktory zawsze grzecznie sie usmiechal. Zapomnialem wspomniec ze hr. Lozinski byl w przeszlosci honorowym konsulem Finlandii i jak zaczela sie inwazja soviecka na Finlandie przyszli do niego, ale jak zobaczyli schorowanego staruszka, dali mu spokoj i dokwaterowali dla pewnosci swego szofera zeby mial oko na niego.

O ile dobrze pamietam mielismy jeden czy dwa male naloty glownie na cytadele i wszyscy sowieci dostali karabiny i zostali ewakuowani a my stalismy na balkonie i pomachiwalismy im na pozegnanie bedac pewni ze za kilka godzin wkrocza niemcy. W nocy byl znowu nalot i reszte nocy spedzilismy w piwnicy. Nastepnego dnia bylo podobnie. W srode wygladalo ze juz wchodza niemcy i pozniej okazalo sie ze sowieci wyszli, ale poniewaz niemcy nie wkroczyli, wiec wrocili spowrotem i zabrali sie do mordowania wiezniow w Brygidkach. Nasz szofer NKWD wrocil w kombinezonie twardym od zaschnietej krwi, wymyl sie i przebral i wyszedl poraz ostatni i dopiero wowczas zrozumielismy skad ten krwawy kombinezon.

W piatek pokazali sie ukrainscy dywersanci ktorzy lokowali sie w mieszkaniach na najwyzszych pietrach i strzelali do zolnierzy patrolujacych ulicy. Wowczas ukazaly sie samochody pancerne z megafonami nakazujace zamknac wszystkie okna i drzwi i obwieszczajace ze jak kogos zobacza w oknie to beda strzelac bez ostrzezenia. Bylo goraco, ale nie bylo rady. Potem pokazaly sie na ulicy sowieckie patrole ktore obserwowaly wszystkie okna i jak kogos w nich zobaczyly to strzelali i czesto wdzierali sie do domow szukajac dywersantow, czesto strzelajac do niewinnych ludzi. Podobna sytuacja byla w sobote i niedziele. Byly naloty, chowalismy sie do piwnicy i w poniedzialek rano zrobilo sie cicho. Odwazniejsu wyszli na ulice zobaczyc co sie dzieje. Niedlugo potem pokazali sie niemcy witani kwiatami i uwazani za wybawicieli. Tymi witajacymi byli ukraincy ktorzy wierzyli ze niemcy stworza im "wilna" - wolna - Ukraine. Pierwsze oddzialy byly zlozone ze strzelcow alpejskich z szarotkami na czapkach, przewaznie austryjakow przyjaznie nastawionych do ludnosci. W czwartek przyjechala Einzatzgruppe SS ktora przygotowana lista zaaresztowala polskich profesorow uniwersutetu i politechniki i jak sie pozniej okazalo tej samej nocy ich zamordowala za wyjatkiem prof.Groera, naszego pediatry.

Tak sie nam przedstawili niemcy i pokazali swoje prawdziwe oblicze.

Jak wspomnialem mieszkanie naprzciwko nas bylo zajete przez sowieckiego dyretora instytutu ktoremu dla swietego spokoju musielismy "pozyczyc" sporo rzeczy gospodarstwa domowego ktorych mielismy pod dostatkiem. Teraz po jego ucieczce chcielismy zobaczyc co z tego zostalo, wiec ostroznie weszlismy tam z ganku kuchennego ktory mielismy wspolny. Trzeba przyznac ze zostawili mieszkanie w porzadku bo jak sie okazalo nie mieli wiele rzeczy, tylko osobiste rzeczy zabrali, wlacznie z czescia "pozyczonych " nad czym Hania bolala. Zostawili natomiast pokazna biblioteke dziel propagandowych w tym dziela Lenina i Stalina drukowane na dobrej cienkiej bibulce ktore przez szereg lat uzywalkismy po odpowiednim przygotowaniu za papier klozetowy.

Niedlugo potem zaczely isc przez Lwow na front wschodni oddzialy wloskie i Lwow stal sie ich miastem etapowym. Wspomniane mieszkanie zostalo im oddane. Wpowadzilo sie tam dwoch oficerow ktorych doskonale pamietam: Lekarz Aldo Catriani i kapitan karabinierow Luigi Nitti z szeregiem ordynansow i niedlugo potem z cala grupa ladnych mlodych zydowek ktore tam ukrywali. Nasze stosunki byly bardzo przyjazne i korzystalismy z pomocy brata jako tlumacza, poniewaz on przez szereg lat przed wyjazdem do Wloch studiowal w lwowskim instytucie wloskim ich jezyk. Wiem ze dostalismy od nich wegiel, oni od Mamy tort na swieta. Ta idylla trwala do lipca 1943 roku kiedy z lzami w oczach zegnani nie tylko przez nas ale i przez swoje panie odjezdzali do Wloch. Co sie z nimi stalo, niewiem mimo ze bedac we Wloszech i majac tam przyjaciol i znajac nazwiska ich szukalem. Niedlugo po ich wyjezdzie Wlochy sie poddaly i w samym Lwowie niemcy wymordowali na tych samych Piaskach co zydow podobno kilkanascie tysiecy wloskich oficerow.

Bylo ladne cieple lato 1941 roku i byl duzy ruch wojska na drogach, wiec poszlismy z Leszkiem na gorki "snopkowskie" ktore byly dzikim nie zabudowanymi terenem z widokiem na ul. Snopkowska i zaczelismy obserwowac jadace wojsko. Poniewaz jak wspomnialem kupilem sporo papierosow, wiec wzialem ze soba paczke czy dwie papierosow marki Awtomaszyna - samochod - popularnych paierosow z munsztukami, grubosci malego palce palonych przez kierowcow ciezarowek. Zapalilismy, ja nie zaciagajac sie i juz po kilku bylem "gotow" . Dostalem ataku nudnosci i strasznego bolu glowy i chcialem isc tylko do domu i sie polozyc. Leszkowi sie nic nie stalo, zreszta to nie byly jego pierwsze papierosy, dalem mu reszter niewypalonej paczki i poszlismy do domow. Jak tylko wrocilem Hania byla przerazona kolorem mojej skory na twarzy i zaraz polozyla do lozka, dala cieplej herbaty i zaczlem sie meczyc, ale po pewnym czasie zasnalem. Tak skonczyla sie moja kakriera palacza papierowsow.

W sklepach nie bylo zadnych towarow bo sprzedano co bylo w magazynie i nie bylo nowych dostaw. Zaczal sie ponownie handel wymienny z okoloczna wsia tak ze nie bylo wiekszych problemow z wyzywieniem, tylko po chleb i cukier trzeba bylo stac w dlugich ogonkach, ale bylo lato, wiec przynajmniej bylo cieplo i zawiazywaly sie zanajomosci i przyjaznie i wspolne pomaganie sobie w trzymaniu "miejsca" w ogonku.

Jedynym moze sklepem gdzie byl towar a nie bylo klijentow byl sklep z pomoca naukowa na ul.Akademickiej i ten sklep stal sie brata zrodlem skarbow. Ceny byly niskie a poniewaz klijentow nie bylo i chcieli go zlikwidowac, wiec starano sie poprostu pozbyc towaru. Kupil tam miedzy innymi: akumulator, prostownik, opornik, duzy transformator, lampy z bateriami niklo-kadmiowymi i rozne inne cuda ktore nam sie potem bardzo przydaly dzieki jego bogatej pomyslowosci.

Zelazna Woda na ktora chodzilismy sie kapac zostala zamieniona na kapielisko "Nur Fuer Deutsche" wiec nie bylo gdzie sie chodzic kapac za wyjatkiem dosc dalekiej "Switezianki" i "glinianki na Snopkowie. Byla to jama po wykopanej glinie w ktorej zbierala sie woda i mozna bylo sie wykapac. Przypuszczam ze poniewaz to byla woda stojaca, ilosc bakterii w niej byla przerazajaca, ale w tym czasie nikt na to nie zwracal uwagi i sporo mlodziezy tam sie kapala uwazajac tylko czy niemcy przypadkiem nie przyjda zeby nas nie zlapac na roboty.

Zgodnie z niemieckimi zalozeniami Polak nie powiniewinien byc za madry, bo wowczas nie jest latwy do ujarzmienia wiec wszystkie szkoly za wyjatkiem szkol powszechnych i zawodowek zostaly zamkniete a mlodziez skloniono zeby wyjezdzla do Niemiec na roboty. Instytut prof. Weigla zostal przejety przez Oberkomando des Heres (armii), gdyz szczeepionka byla bardzo potrzebna przedewszystkim na froncie gdzie z powodu zlych warunkow higienicznych wypadki tyfusu plamistego byly na porzadku dziennym. Tabor samochodowy instytutu zostal zabrany przez sowietow w czasie ich ucieczki, wiec Ojciec nie mial racji bytu w Instytucie jako inzynier i zostal jako karmiciel wszy, co pozniej przyplacil gruzlica i wczesna smiercia. Brat zaczal pracowac jako kierownik chodowli wszy i Ojciec zostal jednym z jego "karmicieli".

Instytut dawal jedne z najlepszych papierow, wydanych przez Oberkomando des Here ktore chronily przed lapankami i wywozka na roboty do Niemiec. Pozatem w poczatkowym okresie bardzo ograniczonego zaopatrzenia dawal "deputaty" ktore byly podobne do dawanych niemcom. W ten sposob mielismy powazna pomoc w zaopatrzeniu naszego domu.

Ja zapisalem sie do dwuletniej szkoly handlowej i w jesieni zaczalem nauke w starym budynku na ul. Skarbkowskiej gdzie na parterze byla kuchnia dla biednych prowadzona przez polskie zakonnice. Bylem jednym z najmlodszych uczni. Reszta to byli juz duzo starsi i doswiadczeni chlopcy, przewaznie zajmujacy sie handlem na roznych targowiskach i potrzebujacych papierow zeby sie chronic przed robotami w Niemczech. Jedn z nich pamietam handlowal pod "Meinl'em" - sklepem spozywczo kolonialnym tylko dla niemcow zaopatrujacym ich w towary na kartki zywnosciowe. On kupowal te kartki od Niemcow i potem albo kupowal za nie towary do odsprzedazy, albo odsprzedawal same kartki, choc kupowanie w tych sklepach przez nie niemcom bylo bardzo surowo zabronione. Ten lancuch sklepow byl popularny we Lwowie przed wojna, ale nie pamietam zeby Mama tam kiedykolwiek kupowala. Po wojnie bedac czesto w Austrii i Niemczech nigdy dotych sklepow nie wszedlem jako moj prywatny protest przeciwko ich okupacyjnej polityce i czesto spotkalem sie z niedowierzaniem ze ktos moze miec taka dobra pamiec.

Nauka nie byla zbyt ciekawa gdyz program byl dla uczniow ktorzy nie mieli ambicji zyciowych poza sprzedaza w sklepach. Pozatem przedmioty byly dosc staromodne i czasem smieszne. Mam tu na mysli ze nie uczono nas pisania na maszynach, bo poprostu szkola ich nie miala, natomiast uczono korespondencji ktora miala byc prowadzona przez pisanie listow olowkiem chemicznym, i tak napisany list mialo sie wlozyc do ksiegi ze stronami z bibulki i te strone ktora sie nakrywalo napisany list nalezalo lekko zwilzych gabka i ksiazke zamknac i wowczas list odbijal sie na bibulce jako trwala kopia.

Po dwuch latach ogladania sowieckiej propagandy marnej jakosci w kinach, pokazaly sie stare polskie przedwojenne filmy i zaczelismy chodzic do kina. Byly tez niemieckie filmy propagandowe, antysemickie i antypolskie ktore omijalismy. Niedlugo potem dowiedzielismy sie ze powinnismy bojkotowac kina bo dochody z nich wspomagaja niemiecka machine wojenna i nauczylismy sie powiedzenia: "tylko swinie siedza w kinie" i od tej pory skonczylo sie ogladanie filmow.

Z ciekawszych przedmiotow byla stenografia ktorej nigdy w pelni nie opanowalem, pozatem rachunek handlowy, ktory pozostal mi na reszte zycia. Nasz nauczyciel Rolewicz, ktorego podejzewalismy ze jest zydem, uczyl nas jak mozna uproscic rachunek zeby go zrobic w "glowie" bez uzywania papieru i olowka. Zasady proste, wyniki naprade dobre. Pozatem towaroznawstwo gdzie nauczylem sie wiele. Chyba bylem jednym z niewielu ktorzy chodzili na wszystkie lekcje podczas gdy reszta zajmowala sie swoja stala praca i dopiero obawa przed utrata papierow i doniesieniu o tym Arbeitsamt'u przywodzila ich do klasy.

Lwow stal sie stolica "Distrkt Galizien" ktory wszedl jako nowy dystrykt dolaczony do Generalnej Guberni. Jednak nadal byla granica pomiedzy Galicja i reszta Guberni i trzeba bylo miec specjalne pozwolenie ne jej przejaz. Rowniez w Galicji porzadkowa policja byla ukrainska, zas w reszcie polska. Zaopatrzenie nadal szwankowalo i powoli zaczeto przewozic towary do Lwowa, ale przewaznie je szmuglowali niemcy sami lub wspolnie z polakami.

Po okresie sowieckiej szarzyzny niemcy zaczeli otwierac sklepy ktore byly eleganckie i ladnie zaopatrzone. Pamietam na rogu il. Jagielonskiej i 3 Maja byl sklep paierniczy majacy sliczna papeterie, wieczne piora Pelikana, olowki i co dusza zapragnie. Kiedy poszedlem kilka dni pozniej ze swoimi oszczednosciami na zakupy zatsalem na drzwiach tabliczke: "Nur fuer Deutsche" i pozostalo mi nic innego jak poogladanie wystaw i pomyslec sobie co chcialbym miec. Podobnie stalo sie z innymi niemieckimi sklepami. Dla nas pozostala szarzyzna, puste polki i czarny rynek. Ten ostatni czesto pozwalal nam miec wiecej i lepsze jedzenie jak niemcy dostawali na kartki. Zaczelismy miec nowa grupe ludzi - Volsdeutche - ktorzy sprzedali sie dla bialego chleba. Dla nich przrobiono stary wierszyk Or Ota: Kto Ty jestes Polak maly na:

Kto Ty jestes
Volksdeutch maly
Jaki znak twoj: chlebus bialy
Kto cie stworzyl: zawierucha
Jaka smierc twa: galaz sucha
Jaki grob twoj: ziemia rowna
Jaki pomnik: kupa g....

W jesieni ojciec zostal wyslany przez prof. Weigla, za zgoda Nimecow gdyz oni musieli zalatwic zezwolenie na przejazd do Warszawy w celu odwiedzenia getta. Zainteresowanych tym tematem odsylam do zalaczonego artykulu mego brata. Z tej podrozy przywiozl sporo roznych towarow jak zyletki, "kogutki" na bol glowy i wiele innych ktorych u nas nie bylo. Pamietam ze ja zabralem sie do roboty i przy pomocy moich szkolnych kumpli skoro sprzedalismy. Pozniej przyjechal donas Wuj Dziunio ciezarowka na ktorej przywiozl sporo bateryjek. Tu znowu moi kumple rozsprzedali sporo ich. Nastepnym towarem byla wodka. Brat wyhandlowal z Instytutu spirytys uzywany tam, ktory byl barwiony na niebiesko, wiec przy pmocy uprzednio zakupionych "pomocy naukowych" przedystylowal go, potem Hania przyniosla z okolicznych szynkow butelki po wodce do ktorych nalewalismy spirytus rozcienczony woda zeby posiadal 45% do tych butelek i lakowalismy uzywajac "wrone" z pfeniga jako stempel butelki ktore ja sprzedawalem kolesiom. Pozniej "nasza" wodka byla znana ze swej wysokiej jakosci.

Poniwaz byly przerwy w dostawie pradu, wiec brat mial szereg sposob jak temu zaradzic ku przerazeniu Ojca ktory nie chcial zebysmy sie "narazali". Jednym z nich bylo ladowanie uprzednio wspomnianego akumulatora przy pomocy prostownika i pozniej zasilania nim lampki nad stolem jadalnianym kiedy swiatlo bylo wylaczane. Swiatla bylo malo, ale lepiej jak ciemnosc. Wspomne ze prostownik byl wielki na ktorym byla ogromna lampa prostownicza wydajaca swiatlo i dzwiek. Jak porownac to do obecnego prostownika jaki sie uzywa do ladowania akumulatorow to chyba jest jak 1:10. Problem byl w tym ze mielismy limit swiatla jaki moglismy uzywac, a prostownik uzywal go bardzo wiele, wiec brat wykombinowal ze jak sie zmieni uklad drutow w liczniku, to licznik zamiast sie krecic to sie odkrecal. To wszystko odbywalo sie po godzinie policyjnej kiedy normalni isnspektorzy elektrowni juz nie chodzili i czulismy sie dosc bezpieczni, choc licznik byl na klatce schodowej, wiec ktorys ze sasiadow mogl cos zobaczyc. Po przelozeniu drutow odbywalo sie ladowanie akumulatora i wlaczanie opornika ktory rownoczesnie sluzyl jako grzejnik, tylko trzeba bylo pilnowac zeby nie "odkrecic za duzo", bo to by wzbudzilo podejzenie. W pozniejszym czasie nie wylaczano swiatla, tylko byl zakaz jego uzywania i niespiodziewane kontrole sprawdzaly czy sie liczniki nie kreca w czasie godzin zakazu i jezeli kogos zlapano, byly bardzo wysokie kary, albo jeszcze wyzsze lapowki, jezeli inspektor byl bioracy. Na to brat tez mial sposob. Podlaczal transformator do tego obwodu ktory nie szedl przez licznik a drugi do ziemi i w ten sposob osiagal wymgane 220 voltow do ktorych byla podlaczana lampa na stole jadalnym i mozna bylo tam czytac uczyc sie czy pisac.

O moich kolegach: pamietam nazwisko tylko jednego Bolka Muchy. Byl starszyn odemnie 3-4 lata, typowy lwowski batiar z jednej z lwowskich biatiarskich dzielnic. Zawsze elegancko ubrany, zarabiajacy dobrze na handlu i niemiejacy zamiaru sie niczego nauczyc tylko miec swoje papiery. Byl wesoly, kolezenski i bawilo go moje pochodzenie "z dobrego domu" czego nie znal i chcial sie dowiedziec jak najwiecej jak to sie zylo u nas przed wojna. Byl dobrym klijentem i czasem chodzilismy w kilku do Parku Stryjskiego "zazyc swiezego powietrza". Niewiem gdzie mieszkal jak i z kim, bo sie tym nie chwalil. Pamietam ze przychodzac do szkoly zawsze po drodze otwieral drzwi do kuchni dla ubogich i wykrzykiwal niezbyt cenzuralnie do siostrzyczek tam pracujacych. Drzwi szybko zamykal i szybko wlatywal zziajany do klasy. Jego bliskim kolega byl Romek, syn akuszerem ktory zyl czy sie ozenil z druga zona ktora Romka nie lubila i zawsze tam byly jakies problemy i Romek straszyl ze sie wyprowadzi. Zapytany przez ojca z czego bedzie zyl, powiedzial ze bedzie meska prostytutka. To bylo dla mnie szokujace.

W miedzyczasie powstalo lwowskie getto, w srodmiesciu bylo widac zydow idacych pod straza do pracy. Slyszelismy i o aresztowaniach i o obozie na Janowskiej gdzie przewaznie trzymano zydow. Byl tez oboz przechodni dla ludzi zlapanych na roboty do Niemiec. Mowiono i o mordowaniu zydow na Piaskach. Pozatem byla b. czynna agencja JPP i bylo wiele opowiadan, poboznych zyczen.

Jednym z pierwszych zarzadzen po ich wkroczeniu bylo nakaz oddania odbiornikow radiowych na ktorych mozna bylo sluchac wiecej niz lwowska stacje radiowa. Zostal nam wiec tylko detekor ktoym odbieralismy Lwow i mozna bylo go uywac jako glosnik do gramofonu.

Ojciec byl czestym gosciem u Profesora Weigla ktoremu wyjatkowo pozwolili miec radio odbiornik z ktorego mozna bylo sluchac stacje zagraniczne. Sluchanie stacji nieprzyjaciela karane bylo smiercia. Profesor mieszkal w budynku instytutu ktory byl chroniony przez wojsko niemieckie i nie mozna tam bylo wejsc bez odpowiednich papierow, wiec czul sie na tyle bezpieczny ze sluchali z Ojcem Londynu. Ojciec byl skarbnica wiadomosci ktorymi hojnie sie dzielil z przyjaciolmi albo w kawiarni, albo ktorzy przychodzili do nas "po wiadomosci". Mial naprawde szczescie ze nikt nie zrobil na niego donosu, ktory by sie dla niego i Profesora mogl skonczyc tragicznie. Mimo ze staral sie byc "ostrozny" to jednak zylka "analityka politycznego" byla silniejsza. Handlowal tez brylantami i czym sie dalo, bo z pensji karmiciela wszy bysmy nigdy nie wyzyli. Mama od czasu do czasu spieniezala swoje zapasy "twardych i miekkich" i tak sie zylo.Hania byla dobra gospodynia i potrafila gospodarowac ekonomicznie.

Wielkie wrazenie namnie zrobil widziany przezemnie wypadek na zakrecie na ul. sw. Zofii. Jadacy z terenow powystawowych tramwaj popychajacy przed soba lore wypelniona zydowskimi wiezniami wykoleil sie i lora z wiezniami wywrocila. Sporo z nich musialo byc rannych, ale niemcy ktorzy wyskoczyli z tramwaju na to nie zwazali tylko ich brutalnie bijac kolbami zganiali poki nie przyjda posilki. Nigdy nie widzialem takiej brutalnosci i nienawisci na wlasne oczy.

Brat przynosil "gazetki" ktore czytalismy pilnie i potem oddawalismy dalej. Poniewaz stale mielismy swieze wiadomosci z Radia Londyn, wiec nie bylo w nich wielkich rewelacji miedzynarodowych, raczej sporo krajowych o ktorych tylko czesciowo slyszelismy znieksztalcone przez JPP.

W jesieni trzeba bylo oddac narty, albo je porabac, albo glebokoschowac, bo za ich posiadanie, jak i za wszystko inne byly wysokie kary. Pozniej zaczeto konfiskowac futra, cieple buty, tak ze nigdy nie wiadomo bylo co moze spotkac nas na ulicy. Niemcy utkneli pod Moskwa i mimo opowiadan propagandy ze niedlugo bedzie parada zwyciezcow na Placu Czerwonym, to nigdy nie doszlo do skutku.

Rodzice Stasia mieli wille ze stawem, wiec sowieci zajeli ten staw na sklad ryb. Za czasow niemieckiej okupacji ich staw byl nadal skladem zywych ryb a Stasia brat Zdzisio zostal jego kierownikiem. Poniewaz swieta sie zblizaly, a na wigilia byla konieczna ryba, wiec mnie namowiono zebym kupil zapas ryb, wpuscil je do wanny i sprzedawal naszym znajomym i sobie troche zarobil, a Zdzisio mial dodatkowy dochod bo ryby byly z "superaty", wiec szly do jego kieszeni. I tak stalem sie handlarzem ryb ktory brzydzil sie ich dotykac ale jak rzymianie mowili "pecunia non ole". Kilka dni przed swietami zapowiedzialem wszystkim znajomym ze beda swieze ryby i pojechalem ze saneczkami zabrac towar. Po powrocie do domu wpuscilem rybki do wody, Hania przyniosla wage, wybrala rybke dla nas i pozniej zebralem wszystkie dostepne stare gazety i klijenci zaczeli przychodzic. Wyciaglem je z wody, wazylem i zwijalem w gazety i inkasowalem naleznosc. Niedlugo wanna byla pusta, woda wypuszczona, waga w kuchni a ja staralem sie wyzbyc zapachu rybu skrapiajac sie obficie woda kolonska. Zarobek byl niezly.

Poniewaz na narty nie mozna bylo chodzic spowodu ich braku chodzilismy na slizgawke. Slizgawka na Pelczynskiej byla albo zamknieta albo tylko dla niemcow bo w budynku po biurach elektrowni w miejsce NKWD wprowadzilo sie Gestapo i chodniki naokolo gmachu byly zamkniete dla przechodniow i trzeba bylo obchodzic druga strona. Otwarta byla Switezianka, ale to bylo dosc daleko.

Bylem czestym gosciem u Stasia bo sie podkochiwalem w jego o dwa lata starszej siostrze Jance, malej brunetce ktora czasem dotrzymywala nam towarzystwa ze swoimi kolezankami, jak nie bylo jej rowiesnikow pod reka. Poniewaz matka Stasia byla z pochodzenia zydowka, wiec jak zaczely sie niebezpieczne czasy zostala schowana w jednym z klasztorow gdzie przezyla do konca wojny. Domem zajmowala sie sluzaca i Janka poczuwala sie do bycia Pania domu w czasie matki nieobecnosci. Podczas jednej z wizyt, bylo to zimowe popoludnie, rozleglo sie lomotanie w drzwi i glos przez drzwi oznajmil po ukrainsku zeby otworzyc ze to policja. Ojciec Stasia ktory nie mial zbyt czystego sumienia z powodu zony otworzyl drzwi i wdarlo sie trzech opryszkow z rewolwerami i oznajmili ze to napad zeby dawac im pieniadze, bizuterie i kosztownosci. Dom byl bogaty, pelny wszystkiego, wiec kazali nam sie polozyc na podlodze i zabrali sie do roboty. Ja na wszelki wypadek po cichutku zdjalem swoj "cenny" ale dla mnie zegarek i wlozylem go do spodni, ale oni nie interesowali sie nami i wiedzieli po co przyszli. Potem wszystko wyniesli i powiedzieli ze jeden zostaje przed domem zeby nas pilnowac i przez 10 minut nie wolno wychodzic z domu i jezeli nie posluchamy to nas wystrzelaja. Byly przy tym jakies obelgi na temat zydow i jak sie okazalo byli fura na na ktora wszystko zaladowalii i odjechali. Musze przyznac ze sie sporo najadlem strachu i dostalem chyba szoku, z ktorego dluzszy czas nie moglem sie pozbyc. To nie byl odosobniony wypadek szczegolnie w domach ktore staly troche oddalone od siebie. Policja pilnowala spraw politycznych i nie wiadomo czy nie byla w zmowie z bandytami, a moze to byli ukrainscy policjanci pracujacy na wlasna reke w godzinach poza sluzbowych. Mieli zapewniona bezkarnosc pod warunkiem ze sie nie naraza niemcom. Potym wypadku moje wizyty sie ograniczyly i wolalem sie spotykac ze Stasiem u siebie w domu. Pozatem zaczalem sie zastanawiac czy nie beda mieli represji z powodu ukrywajacej sie Matki i wolalem nie byc obecny przy takiej okazji.

Reszta roku szkolnego minela bez specjalnych wspomnien, wszystko szlo utartym torem, wiadomosci miedzynarodowe nie dawaly nam nadziei na szybki i pozytywny dla nas koniec wojny. Najwazniejsze bylo nie wpasc w jakas lapanke i starac sie schodzic z drogi jak widac bylo z daleka niebezpieczenstwo.

Lato spedzalismy spokojnie, jezdzac na wycieczki rowerowe i chodzac sie kapac przewaznie do glinianki. Od czasu do czasu niemcy urzadzali wieczorem pokazy swoich tygodnikow filmowych na scianie nad targowiskiem niedalekeo naszego domu gdzie Hania codziennie zalatwiala zakupy. Bylo to dla nas specjalna atrakcja bo juz od prawie roku nie bylismy w kinie i tygodniki zawsze byly ciekawe, choc byly jedna wielka propaganda, ale nie liczyly sie jako chodzenie do kina. Niedlugo po nieudanym ladowaniu w Dieppe niemiecka propaganda szalala pokazujac swoje zwyciestwo i biednych kanadyjczykow jakich zlapali. Oczywiscie poszlismy na ten pokaz, ale w trakcie wyswietlania ktos krzyknal: "Budy jada". To oznaczalo lapanke co bylo w niemieckim zwyczaju zeby swoje ofiary zebrac w jednym miejscu, a potem otoczyc okolice i podjechac ciezarowkami, przewznie z brezentowymi budami i na nie zaladowac swoje ofiary. Na ten krzyk wszyscy zareagowali ucieczka, gdzie kto moze. My oczywiscie w kierunku domu i nie ogladajac sie za siebie popedzilismny z bratem ile sil w nogach. Do dzis nie wiemy czy rzeczywiscie byla lapanka, czy nie czy tez ktos sobie zazartowal. Nie bylo gdzie to sprawdzic, ale nikt nie chcial ryzykowac. I w ten sposob ladowanie w Dieppe zobaczylem dopiero na Kanale Historycznym w Stanach.

Po powrocie do szkoly nie wiele sie zmienilo tam, zaczeto tylko czesciej mowic ze za 8 miesiecy nie bedziemy juz mieli swoich papaierow i trzeba myslec co dalej robic zeby nie pojechac na roboty do Niemiec. Jak juz wspominalem moj przyjaciel Rysio Grundman nie wytrzymal nerwowo i pojechal sam na roboty do Niemiec i pisal rozpaczliwe listy i nie mial szans na szybki powrot. Zaczalem na ten temat rozmawiac z Ojcem ktory zalatwil ze w lutym pojde "na praktyke" do instytutu zeby zostac preparatorem a nim szkola sie skonczy bede tam juz normalnie pracowal. Uspokojony tymi planami zajalem sie swoja nauka i coraz czesciej odnosilem gazetki wiedzac ze w razie zlapania oboz koncentracyjny w najlepszym razie mnie nie minie.

Przed Bozym Narodzeniem znowu kupilem ryby i jak w poprzednim roku stalem sie handlarzem ryb. Zysk byl nawet wiekszy bo sprzedalem wiecej ryb i wiecej za nie policzylem bo ceny poszly w gore i byl ich brak.

Niemcy walczyli o Stalingrad i zamiast zwyciestw do ktorych sie przyzwyczaili, nie mogli pojsc dalej. Rosjanie zaczeli atakowac i mimo
nowych posilkow sytuacja niemcow sie ciagle pogarszala. W koncu stycznia poraz pierwszy RGO - Rada Glowna Opiekuncza oficjalna polska organizacja charytatywna - organizowala w dawnym kinie Atlantic wielki koncert na ktory nie tylko mozna ale powinno bylo sie pojsc, bo dochod z niego byl na cele charytatywne. Mimo trudnosci dostalismy bilety zeby po tylu latach zobaczyc scene i polskich artystow. Pech chial ze Niemcy poddali sie pod Stalingradem i ogloszono kilku dniowa zalobe i nasz koncert zostal odwolany i nie dostal nowego terminu. Tak sie skonczyla nasza nadzieja na pojscie do teatru.

Tak jak Ojciec zaplanowal w lutym zaczalem chodzic dwa razy w tygodniu po szkole na kilka godzin praktyki w "preparatrorni" ktorej kierowniczka zmiany byla mila starsza malutka pani z duza doza cierpliwosci uczyla mnie "preparowania" w fenolu utupione wszy ktore polegalo na nacieciu wszy za trzecia nozka specjalnym nozykiem w uchwycie a potem trzymajac szpilka w uchwycie tulow, nozykiem rozciagnac wesz, zeby wyszedl na zewnatrz zakazoiny zaladek ktory sie wycinalo i z niego robilo sie szczepionke. Ta cala czynnosc odbywala sie na poswietlonym matowym szkle pod binokularem z nipamietnym juz czy 10 czy 15 czy 30 krotnym powiekszeniem. Poniewaz norma dziennego preparowania byla 1600 wszy w ciagu 6 godzin, wiec trzeba bylo miec dobra wprawe nim zaczelo sie normalnie pracowac. Nie mialem wielkiego wyboru i chcac miec moj "ausweis" z wrona musialem sie porzadnie wziasc do roboty.

Pomiedzy szkola, nauka i praktyka niewiele czasu mi pozostawalo na rekreacje, ktorej w tym czasie nie bylo wiele zawsze pod grozba lapanek i aresztowan, jedynie spotkania towarzyskie byly dostepne. W szkole nie mialem towarzystwa z ktorym bym chial sie zadawac za wyjatkiem wspomnainych kumpli, wszedlem do paczki Hani Czekanowskiej ktora miala sporo kolezanek i chlopcy z "odpowiednich" domow byli zawsze mile widziani. Od czasu do czasu mielismy prywatki, z roznymi grami, tancami i zaczely sie niewinne flirty.

W kwietniu dowiedzielismy sie o odkryciu grobow w Katyniu. Nie mielimsy watpliwosci ze to byla sowiecka robota. Mielismy przyklad co zrobili w Brygidkach. W Katyniu byl Wuj Luniewski, maz cioci Reni i z nim kontakt urwal sie w w kwietniu 1940 roku. Przygnebienie bylo wielkie i niemiecka propaganda szalala zeby to wykorzystac i przyciagnac nas na ich strone.

Nim zaczalem pracowac, pojechalem na dwu tygodniowe wakacje do Warszawy i do Stryja Zygmunta na wies. Sama podroz byla juz przezyciem bo bylismy scisnieci w wagonach dla nas dostepnych, tylko niemcy jechali wygodnie w swoich wagonach. Jadac przez zamojszczyzne pociag zostal zatrzymany przez partyzantow i wagony niemieckie ostrzelane, tak ze sie cieszylem ze nie jechalem z nimi. Bylo sporo krzyku, nawolywan klniecia po polsku i niemiecku, kogos z pociagu wyciagano. Potem pociag odjechal i na nastepnej stacji czekaly dwie karetki i wynosili ludzi na noszach z niemieckiego wagonu. Co bylo i jak sie skonczylo nie bylo kogo to zapytac a plotek szeptanych przez podroznych bylo wiele. Moim celem podrozy byla Warszawa. Zatrzymalem sie u Wujostwa.

Mieszkali na Fortach Mokotowskich w wilii otoczonej ogrodem. Jak mi Renia przypomniala: podszedlem do furtki i zaczalem dzwonic, ale nikt mi nie otwieral i bylem troche w rozpaczy co zrobie z soba bo godzina policyjna sie zblizala, a ja nie wiedzialem jak pojechac do Stryja czy innej rodziny ktora mnie sie nie spodziewala. Jak sie okazalo oni jak i my kradli elektrycznosc i wobec tego furtka byla zamknieta na mur i nikt obcych nie wpuszczal. A tu ja sie pokazalem w tyrolskim kapeluszu, jak ostatni inspektor z elektrowni. Wobec tego nikt sie nie ruszal as doszly ich bolesne wrzaski: Ciocia to ja Stas. W koncu sie zlitowali , bo okazalo sie ze to ja i mnie wpuszczono i ugoszsczono.

Poniewaz to byl okres lapanek i rozstrzeliwan na ulicach, wiec nie znajac praktycznie Warszawy wolalem nie ryzykowac na samotne wypady. Odwiedzilem sporo rodziny jaka tam mielismy i pojechalem z jedna przesiadka do Stryja. Tam sytuacja nie byla duzo weselsza bo dwor byl ciagle rabowany albo przez bandytow albo przez Gwardie Ludowa i Stryj wlasciwie juz nic nie trzymal w dworze znudzony tymi napadami i ciaglym straszniem ktorych o dziwo sie specjalnie nie bal. Bylo po prosto nudno i nawet wizyta w Malachowie gdzie jechalo sie przez lasy ktore byly pod kontrola partyzantow ktorych pierwszy raz z bliska widziialem nie byly dla mnie wielka rewelacja. Tak ze po "odbebnieniu" wizyty z przyjemnoscia wrocilem do Warszawy zeby po kilku dniach wrocic bez przeszkod do Lwowa.

Zaraz po poworcie poszedlem do pracy na druga zmiane, a rano konczylem szkole i po otrzymaniu swiadectwa, ktore mam do dzis, powiedzialem w dyrekcji ze juz pracuje, wiec nie musza mnie zglaszac do arbeitsamtu, co moglo skonczyc sie wyslaniem na roboty do Niemiec. Praca w Instytucie nie byla ciezka, choc siedzenie przez blisko 6 godzin patrzac sie na podswietlone i powiekszone wszy wymagala uwagi i przywyczajenia. Nauczylem sie ze nie preparujemy calych 1600 wszy, tylko wystarczy 1200 czy 1300 a potem trzebe je pokrecic cieplymi rekoma w probowce gdzie zbieralismy te zoladki i wowczas one "spuchna" i beda wygladac jak 1600. Jedynie jak mielismy specjalne wszy dla profesora, wowczas trzeba bylo zrobic uczciwie norme. Po pewnym czasie mozna ja bylo zrobic w 4 godziny a reszte czasu uzyc na zycie towarzyskie. Przewy w pracy spedzalismy przy ladnej pogodzie w ogrodzie botanicznym na skraju ktorego byl Instytut. Przewaznie tam spacerowalismy, a czasem grali w siatkowke. Przerwy byly krotkie, wiec nie bylo czasu na nic wiecej. Jednak zaczynaly sie rozne romanse, tak ze bylo o czem poplotkowac. Ja bylem benjaminkiem na naszej zmianie i zawsze mialem sporo "opieki" tak ze na poczatku mialem pomoc w wykonywaniu normy, ktora pozniej splacalem jak byla potrzeba komus pomoc. Powoli sie dowiadywalem jak duzo ludzi jest w konspiracji i wiele razy sam szedlem na ochotnika jak trzeba bylo cos zalatwic. Poniewaz wiekszosc pracownikow byla mlodziez wiec chodzilismy razem na wycieczki, kapac sie czy nawet na kajaki. Raz wybralismy sie duza grupa w niedziele do Janowa sie kapac. To bylo polaczone z dojazdem koleja, co w owczesnych czasach nie zawsze bylo bezpieczne. Ktos musial to zglosis naszym niemcom, ktorzy w obawie jakiejs draki szczegolnie z ukraincami, ktorych miedzy nami nie bylo, z nasza grupa pojechalo dwuch rzolnierzy na wszelki wypadek, zeby w razie potrzeby interweniowac bo nie mogli sobie pozwolic zeby produkcja stanela.

Poniewaz moja edukacja sie skonczyla wraz z zakonczeniem szkoly handlowej, wiec Ojciec postanowil ze pojde na "komplety" tajnego nauczania. Poniewaz w tym czasie mowiono jak najmniej zeby w razie wpadki poprostu nie bylo co "sypac", nie wiem jak to zalatwil, w kazdym razie oswiadczyl mi ktoregos dnia w poczatku wrzesnia zebym nie mial zadnych planow na poranki - pracowalem na druga zmiane po poludniu - bede chodzil na komplety. Chodzil to moze przesada, bo komplety odbywaly sie w domu i nauczyciele przychodzili. Oprocz mnie w kompletach bral udzial Zbyszek ktory mieszkal w naszej kamienicy z ktorym sie przyjaznilem. Byl kilka miesiecy starszy odemnie i byl sierota bo matki nie mial, a ojca zamordowali chyba niemcy. Mieszkal u swojej ciotki - siostry ojca - ktora z mezem i dzieckiem mieszkali w tym samym mieszkaniu co na poczatku wojny mieszkal prof. Czekanowski ze slawnym workiem cukru. Zbyszek pracowal w sklepie perfumeryjnym na Akademickiej, Nur Fuer Deutsche i tam mi kupowal "Pitralon" wode po goleniu jak zaczalem sie golic. Kiedys bedac w niemickim hotelu jako prezent dla gosci stala malutka buteleczka Pitralonu ktora przypomniala mi te czasy. Ze Zbyszkiem urwal sie kontakt po wyjezdzie ze Lwowa i niewiem jakie byly jego dalsze losy. Drugim uczniem byl przyslany przez "komplety" rowiesnik, syn fryzjera ktory nie mogl przychodzic w soboty bo musial pomagac ojcu w zakladzie. Jak sie smielismy ze Zbyszkiem ze pewnie sie uczyl golic na butelce - tak podobno sie uczyli przyszli fryzjerzy.

Chodzacym na komplety nie wolno bylo nosic zadnych ksiazek czy notatek, tak zeby w razie jakiejs lapanki ich nie zasklasyfikowali dodatkowo jako konspiratorow. Siedzialo nas trzech z profesorem przy moim biurku i staralismy sie zeby nasza "szkola" wygladal w miare normalnie. Najwieksze braki mielismy w lacinie ktorej nigdy sie nie uczylem. Pamietam ze poniewaz to bylo moje biurko, wiec w miejscu gdzie siedzialem przyklejalem sobie karteczki z odpowiedzia. Chodzilem na te komplety od wrzesnia do marca kiedy to wyjechalismy. Czy na tym skorzystalem ? oczywiscie, moze nie tyle co w normalnej szkole, ale nie bylo wyboru, w kazdym razie nie tracilem czasu, co bylo najwazniejsze i szedlem do przodu.

Mimo ze jako pracownik Instytutu bylem szczepiony przeciwko tyfusowi, dostalem tzw. tyfus szczepiony: R. provazeki. Mialem wysoka ghoraczke, dreszcze do tego stopnia ze mnie rzucalo i za atakowany blednik, tak ze stracilem rownowage, mialem bardzo silny bol glowy i nudnosci. To trwalo 12 godzin i nie myslalem ze z tego wyjde. Zaraz przyszedl lekarz z Instytutu i dostalem szereg zastrzykow i po kilku dniach wrocielm do zdrowia, ale do dzis mam trudnosci w tanczeniu walca bo nie moger sie "krecic dokola mojej osi bo zaraz dostaje zawrotu glowy. Tak ze juz automatycznie zaraz sie "odkrecam. Dokladnie piedziesiat lat pozniej dostalem podobnego ataku blednika ale trwal "tylko" 4 godziny. Mialem szczescie ze moim lekarzem w HMO -health management organization - do ktorej nalezala moja zona i ja byla niemiecka lekarka ktora znala chorobe i mi pomola wrocic do zdrowia. Amerykanscy lekarze nie znaja tej chororby wogole.

To byl okres kiedy ukraincy zaczeli mordowac mlodych polakow zeby zdobyc ich kennkarty - dowody osobiste - ktore sie mogly im przydac w razie kleski niemcow o czym coraz czesciej wszyscy mowili. Pozatem oddzial instytutu ktory znajdowal sie w dawnym Gimnazjum Krolowej Jadwigi byl naprzeciwko Komisariaty Policji Ukrainskiej i stal sie sola w ich oku, bo nasi wiedzac ze maja niemcow za obroncow sobie pozwalali i czesto sie z nimi droczyli. W tym czasie ukraincy stawali sie coraz pewniejsi siebie i zaczeli sie zaciagac do SS Division Galizien z ktorej byli szalenie dumni. Nie znam ich osiagniec militarnych, ale widzialem w 60 minutes kilka lat temu jak to obecnie ci dumni weterani paraduja ze swymi orderami po uliucach Lwowa ktore jest jedynym miastem gdzie byli SSmani moga sie pokazywac w swoich mundurach.

Front zaczal zblizac sie do Lwowa szybkimi krokami i calkiem nie wzdychalismy do "wyzwolnia" i zobaczenia znowu "sprzymierzencow". Trudno bylo zaakceptowac ze Ameryka i Anglia im pomagaja i ze od nich nie bedzie pewnie ratunku. Ojciec dobrze ich znajac byl bardzo pesymistycznie nastrojony i tak minela jesien i poczatek zimy. Po cichu spodziewalismy sie ze to beda nasze ostatnie swieta w domu.

Ostatnie miesiace we Lwowie i wyjazd opisalem we wspomnieniach lwowskich czesc I do ktorej czytelnika odsylam zeby sie nie powtarzac.

1/29/1999


Stanisaw Szybalski
Punta Gorda, FL 33950
Prawa autorskie zastrzezone